sobota, 23 lipca 2016

Too many poets and not enough rhyme

Ellery Bentley
21 lat, filologia angielska, gada w rozgłośni radiowej


Nigdy nie zapominał, że granice języka wyznaczają granice postrzegania, więc wpadał w złość za każdym razem, gdy słowa zawodziły i w efekcie, zamiast klarownie wyłożyć swoje racje, zapędzał się w róg niezręczności. Zazwyczaj jednak, chociaż nie umiał niewysławialnego uczynić wysławialnym, nie miewał problemów z wyłuskaniem spośród ogromu wyrazów tych właściwych i zlepić je ze sobą tak, by jak najlepiej przekazać światu myśli. Umiejętność konstruowania zgrabnych wypowiedzi i przyjemną dla uszu barwę głosu wykorzystywał, by zaklinać niektórych ludzi, a przynajmniej (próbować) przekonywać ich do siebie.

Na samoprzylepnych karteczkach notował idee i pomysły, które potem fruwały po całym pokoju razem z innymi papierzyskami, kartkami zapisanymi do połowy pourywanymi w niepokojących miejscach zdaniami, szkicami i zaczątkami dziwnych melodii. Pozostawał w ciągłym ruchu – najlepiej odpoczywał aktywnie, nienawidził umysłowego przestoju i cały czas pragnął rozwoju, ciągłego samodoskonalenia się, był w nieustannym procesie twórczym, choć rzadko kiedy udawało mu się cokolwiek dokończyć.

Kiepsko radził sobie z zamianą czasu niedokonanego na dokonany, tak samo marnie szło mu z trzymaniem nerwów na wodzy. Nie sztuką było wyprowadzić go z równowagi, wyzwanie stanowiło załagodzenie wściekłości, w którą łatwo popadał. I chociaż uwielbiał towarzystwo inteligentów i akademickie zwyczaje, czasami miał wrażenie, że do awanturniczego życia ciągnie go jeszcze mocniej. Szwendał się bez widocznego planu ulicami miasta i szukał jakiegoś celu. Nieznajdowanie opanował do perfekcji.

38 komentarzy:

  1. [Dobry wieczór! Muszę przyznać, że karta chociaż krótka, to bardzo mi się spodobała, a przez to sam Ellery. c: Chodź do mnie, może coś wymyślimy, a jeśli nie, to życzę ci dobrej zabawy razem z nami i ciekawych wątków!]

    Clarissa Skywalker/Louis Covington

    OdpowiedzUsuń
  2. [Właśnie taki był zamiar, jeśli chodzi o nazwisko, żeby tak troszeczkę się pobawić, ot co. Historia rzeczywiście smutna, ale postać sama w sobie pozytywna, tak mi się przynajmniej wydaje. Louis w sumie ma póki co niewiele wątków, poza tym on i Ellery są rówieśnikami, ale to raczej niezbyt przyjemny koleżka. Za to jak wspominałam, Cassie to dobra duszyczka, która mogłaby się z twoim panem zaprzyjaźnić czy coś, a jako zastępca przewodniczącego mogła kilka razy chcieć porozmawiać ze spikerami z radia. Także w sumie to zależy od tego, jakiej relacji poszukujesz może. Ewentualnie wybiorę na podstawie wyliczanki.]

    Clarissa Skywalker/Louis Covington

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Witam, witam. Bardzo przyjemna postać. Lubię takich złośników. Życzę dobrej zabawy i porywających wątków, a jeśli masz ochotę, to zapraszam do siebie :) ]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jak dla mnie bardzo intrygująca postać ;D Razem ze Sky mimo braku pomysłu na wątek z chęcią poznamy go bliżej :) Miłej zabawy życzę!]

    Diego/Sky

    OdpowiedzUsuń
  5. [JEST IDEALNY, WIESZ.

    Serio. Jolly już się trochę podkochuje, głupia ściemniara.]

    Jolene

    OdpowiedzUsuń
  6. [ Bo Willie to taki śmieszny koleżka. Musi czymś odwracać uwagę od tego, że prawdopodobnie może kogoś zamordować, bo w końcu to wiedźma jest. Danvers pochodzi z dobrego domu z rodziny zagorzałych katolików, oczywiście że grał na pianinie, ale teraz w wolnych chwilach preferuje grać na nerwach i chętnie zademonstruje swoją autorską składankę swoich najnowszych hitów w rozgłośni radiowej xD ]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń
  7. [TO JAK TO ROBIMY, CO? Jeszcze się porządnie nie zastanowiłam, ale zaraz mogę to zrobić, no.

    Ciii, cii, ci. Ona też będzie miała monologi i weltszmerce, podła zdrajczyni.]

    J.

    OdpowiedzUsuń
  8. [ Niby większość i bardziej konserwatywny, ale ja chciałem się wybić i dlatego postawiłem na katolików. William ma kilka hitów, jednym z jego ulubionych jest Dlaczego pachnie tu jak brudna skarpeta?. Nie wiem czy Ellery dysponuje dobrym instrumentem, żeby mój pan mu zagrał xD
    Myślimy nad wątkiem? ]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń
  9. [Krzyczy! I syczy, bo wydaje jej się wtedy, że ma większą kontrolę nad sytuacją, a i argument nie traci na sile. Tylko musiałby coś przeskrobać! Co mógłby zepsuć? Nie odzywać się do niej przez kilka dni? Z jej dumą to już przestępstwo, nie wykroczenie.

    KOCHAM DRAMATY. Mam zacięcie do hamletyzowania.]

    J.

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Skąd Ty znasz tekst piosenki Willa? Spółka powinna nosić nazwę William&Ellery, bo to Will nawija, a Ellery molestuje ukulele. William jest dużo słodszy niż ukulele, bliżej mu do mandoliny. Nie wiem czy zrzucanie na mnie wymyślania to dobry pomysł, bo zazwyczaj wymyślam jakieś dramy lub głupoty w stylu składania drzewa w ofierze, ale jeśli podasz mi jakiś pomysł na relację, to postaram się wymyślić coś normalniejszego xD
    Poza tym, tak baj-de-łej nasi panowie mają po dwa l obok siebie w imionach. Przypadek?]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń
  11. [Cześć! Ellery wydaje się fajną postacią. :D Stas z pewnością go słucha, gdy ten nawija w rozgłośni, bo bardziej ufa temu niż telewizji. Samych interesujących wątków życzę!]

    Stas Libidojew

    OdpowiedzUsuń
  12. [Muszę przyznać, że postać mnie zainteresowała C: niestety jednocześnie muszę przyznać, że nie mam chwilowo żadnego pomysłu na wątek dla naszych panów, więc... Życzę samych przyjemnych wątków póki co, a sama może za jakiś czas zawitam tu ponownie!]

    Louey

    OdpowiedzUsuń
  13. [Dziękuję miło mi to słyszeć, ponieważ siedziałam i z dobre dwie godziny szukałam odpowiedniego imienia :D Serio, serio. Jednak nie traktuje tego poważnie, raczej jako krótką, studencką przygodę z której udaje mu się dorobić prawie odpowiednią ilość dolarów. Ja ochotę i chęci (z czasem bywa różnie) mam zawsze, tylko pomysłami niestety nie sypię z rękawa. Może... Podpowiedz mi w którym kierunku poszlibyśmy z ich relacją i czy myśleć mam nad jakimś powiązaniem, aby już się znali? Łatwiej będzie mi wówczas coś wykombinować :D]

    Louey

    OdpowiedzUsuń
  14. [Nie lub kotów, więc nie. Jest bardziej małym liskiem, o tak. Wystarczy samo nie inicjowanie i związane z tym milczenie, JAK ŚMIAŁ?
    W takim razie zacznę, ale to już jutro. Chyba, że Ty masz ochotę (jakimś dziwnym zrządzeniem losu? idk?)

    Życiowe, literackie, każde właściwie, ale to w sumie zależy od nastroju. Chyba.]

    J.

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Owszem, jest bardziej uroczy instrument - mandolina. William nie sądzi, że Ellery jest przystojniejszy, więc nie. Danvers powinien być pierwszy.
    Jeśli założymy, że nasi panowie się lubią, a moja młoda wiedźma nie chce przekląć Twojej postaci, to możemy im zrobić jakąś głupotę. Niech nasi panowie wyjdą w środku nocy szukać pokemonów, co Ty na to? To co wydarzy się później, pozostawimy już naszej wyobraźni i kreatywności. Ja godzę się na wszystko, nawet na atak zmutowanego zombie-wilkołaka chcącego pozabijać wszystkie jednorożce. ]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń
  16. [Jolly będzie syczącym lisem. Taki ustanowi precedens. Posiada jeszcze kilka innych paszczowych dźwięków w swym repertuarze, be prepared.

    TO JEST NAPRAWDĘ BEZCZELNOŚĆ Z JEGO STRONY, CO TO ZA AUTONOMIA OD JOLENE? Przez niego zaczęła słuchać Gilberta O'Sullivana! Alone again, naturally.

    Trafne spostrzeżenie, a więc przyszykuj się na cudowne rozpoczęcie JUŻ JUTRO by niżej podpisana.]

    J.

    OdpowiedzUsuń
  17. [ Nie, nie jest słodszy od Williama, ani ukulele nie jest słodsze od mandoliny. Też mam Windows Phone i nie śmieję się xD Uważam, że wyjście na pokemony to świetny pomysł na rozpoczęcie wątku xD
    Tak, masz zacząć :P ]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń
  18. [A co powiesz na to, by wspólnie organizowali jakieś pokerowe (oczywiście ściśle tajne i tylko dla wybrańców) wieczorki pokerowe? Mogą też wspólnie trudzić się jakimiś zakładami... Chyba, że zostając przy tym pokerze. Mogliby pozostać we dwóch przy stole, na którym leżało by już całkiem sporo kasy, kiedy nagle do miejsca w którym grają, wpada jakiś profesor i zgarnia pieniądze - bo jakiś lamus, który odpadłby w pierwszej kolejności stawiając dużo kasy przegrałby. Jest jeszcze opcja, że Louey mógł wprowadzić znaczone karty - a Ellery zorientowałby się co takiego się dzieje, wziął go na bok i weszliby w jakiś układ, że dopóki L. będzie dawał mu połowę wygranych nikomu nie piśnie słówka czy coś :D Tylko... Nie wiem co dalej XD]

    Louey

    OdpowiedzUsuń
  19. [ To oczywiste, że ja wiem jednak lepiej.
    Ja podkradam telefon siostrze i łapię pokemony jak ona śpi. Już nie spamuję i czekam cierpliwie na zaczęcie :) ]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Też mam taką nadzieję! Jeżeli jednak tak to by wyjaśniało dlaczego tak trudno spotkać wymarzonego księcia- nie ma kogo całować.
    Dziękuję za przywitanie i jako kolejny świeżak chce wątek. Tylko tutaj coś nie mam pomysłu na to jak ich połączyć. No chyba że... żaby? ]

    OdpowiedzUsuń
  21. [Może być i w ten sposób, to kto zaczyna? :D]

    Louey

    OdpowiedzUsuń
  22. [Cześć! Niech Lyndsey i Ellery razem łażą bez celu po mieście :) Moja panna chętnie spędzi kilka chwil w towarzystwie takiego fajnego pana.]

    Lyndsey

    OdpowiedzUsuń
  23. [Hm dziś już mogę nic nie wymyślić, ale jutro mam nadzieję, że genialny pomysł na mnie spanie :D ]

    OdpowiedzUsuń
  24. [To, że indywidualistka, nie oznacza, że nie lubi towarzystwa innych ludzi, bo nawet lubi, jeśli nie są idiotami, a i w towarzystwie można łazić bez celu. Ale skoro pomysł nie przypadł do gustu, postaram się wymyślić coś innego :) Hmm, tylko mam z tym niewielki problem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że Lyn włamie się późnym wieczorem do rozgłośni, bo ktoś ukradł i schował jej tam coś dla niej ważnego. No i Ellery może ją na tym przyłapać i gdy Lyndsey będzie chciała wymknąć się stamtąd ze swoją zgubą, okaże się, że stare drzwi się zacięły i nie mają jak wyjść. Oboje mogą nie mieć telefonów, albo akurat może nie być zasięgu czy coś, więc będą skazani na swoje towarzystwo przez niewiadomo jak długo.]

    Lyndsey

    OdpowiedzUsuń
  25. Trzydzieści sekund. Tyle zajmuje napisanie wiadomości. Treść pocałuj mnie w dupę jest jeszcze mniej wymagająca.

    Jolene dotarła na kampus i od tej chwili mijała dopiero piąta minuta, ale J. jakimś cudem wsuwała między wargi drugiego z kolei papierosa. Wiedziała czym to się skończy. Dotrze do rozgłośni radiowej z oddechem tak spłyconym, że nie będzie mogła powiedzieć, a raczej wywarczeć, tego wszystkiego co zaplanowała. Musiała jednak zadośćuczynić swej potrzebie nikotynowej, która wydawała się być wzmożona co akurat w zestawieniu z nadchodzącą konfrontacją nie było niczym nadzwyczajnym. Zaciągała się i wypuszczała dym spomiędzy pełnych warg, rozglądając nerwowo wokół, jak gdyby bała się, że ktoś za chwilę uwagę zwróci jej uwagę. Nie znosiła komentarzy typu: taka młoda, a już pali!, szkoda urody, panienko! Co to właściwie miało oznaczać? Nie była idiotką, zdawała sobie sprawę z konsekwencji palenia i najwidoczniej potrafiła je zaakceptować na tym etapie. Na samą myśl twarz dziewczyny przybrała wyraz niezadowolenia, które z kolejnymi minutami miało się pogłębiać. Cudowne popołudnie. Jolene wyrzuciła wreszcie niedopałek do pobliskiego kosza i łapiąc okazję, wślizgnęła się przez zamykające się drzwi do budynku, gdzie mieściła się siedziba studenckiego radia.

    Jolene pokonywała kolejne korytarze z dumnie uniesioną głową, ale z każdym stawianym krokiem traciła na pewności. Czy to był dobry pomysł? Po co właściwie to robiła? Chciał się nie odzywać to proszę bardzo, kurwa, mogła mu przecież na to pozwolić. Wmawiała sobie, że kwestią kluczową nie jest sam fakt, że Ellery postanowił zamilknąć na wieki, ale to dlaczego właściwie przyszło mu to do głowy i po co zaczął realizować swój cudowny plan. Kiedy minął pierwszy dzień bez kontaktu, Jolene zmrużyła oskarżycielsko oczy wpatrując się w swoją komórkę. Proszę bardzo. Oto miała zamiar podjąć jego grę. Chciał ciszy? Będzie ją miał. Nie odzywała się do niego, ale miała na to ochotę; chciała napisać coś totalnie randomowego, aby zmusić go do odpowiedzi, a jej wewnętrzna nerwica zostałaby uspokojona, że nic wielkiego przecież się nie działo. Skąd miała wiedzieć o co chodzi? Czy tak zachowywali się NAJLEPSI PRZYJACIELE? Znikali bez śladu, pozostawiając to drugie z jakimiś domniemaniami i domysłami i podejrzeniami i złościami...? Szczerze wątpiła. Dlatego po czterech dniach postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ktoś w końcu musiał wykazać się siłą charakteru, szkoda tylko, że musiała to robić osoba, której charakter był w najwyższym stopniu spaczony.
    Buty Jolene stukały o posadzkę w jakimś idiotycznym rytmie, który słyszała tylko ona, a gdy dostrzegła wreszcie upragnione drzwi prowadzące do rozgłośni radiowej, zatrzymała się na momencik, aby przejrzeć się w wiszącej na ścianie gablocie. Włosy ściągnęła w koński ogon tak mocno, że wyglądała jakby zrobiła lifting twarzy, a jej kości policzkowe wydawały się być jeszcze ostrzejsze. Chciała wyglądać profesjonalnie, cokolwiek miało to znaczyć, bo przecież nie szła na salę sądową, prawda? Oderwała spojrzenie od swojego odbicia i zapragnęła, aby w pomieszczeniach rozgłośni radiowej nie było nikogo poza Bentleyem. Najwidoczniej jej modły zostały wysłuchane, bo gdy przekręciła klamkę i lekko popchnęła drzwi, nie zastała nikogo. NIKOGO. Nawet przyjaciela. JEZU. Trzy głębokie wdechy, nakazała sobie Jolly, opierając dłonie na biodrach. Cóż, może na wyrost stwierdziła, że właśnie tutaj dorwie Bentleya, ale miała prawo tak myśleć, hm? Pogrążała się we własnej głowie coraz bardziej, gdy usłyszała zbliżające się kroki i przyszło jej do głowy, że zaraz ujrzy osobę odpowiedzialną za te wszystkie radiowe ustrojstwa, ale NIE! Oto na progu stanął Ellery Bentley we własnej osobie. Jolene miała ochotę wykrzyknąć tryumfalne: AHA! Zamiast tego skrzyżowała ramiona na piersiach, posyłając mu chłodne, wystudiowane spojrzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — WITAM SERDECZNIE — powiedziała głośniej niż zamierzała, ale nie była tym zaskoczona — WSZYSTKO W PORZĄDKU? GŁÓWKA NIE BOLI, KAŻDY CZŁONEK NA SWOIM MIEJSCU, DWADZIEŚCIA PALUSZKÓW? — była alkoholikiem złości; uzależnieni od napojów procentowych przestawali wtedy, gdy ujrzeli dno butelki; Jolene natomiast, gdy czuła, że wykorzystała wszystkie pokłady złości i urazy, które stanowiły jej siłę napędową. Znowu setki pytań cisnęły się na usta, ale nie chciała tracić kontroli nad sobą. Kiedyś jej matka, wybitna prawniczka pozbawiona jakiegokolwiek człowieczeństwa, powiedziała, że nie wyobraża sobie Jolene w zawodzie, bo każda konfrontacja kończy się łzami w oczach dziewczyny i załamaniem głosu. Poprawka, mamusiu. Działo się tak wtedy, gdy Jolene na kimś zależało, a przecież zależało jej NA NIM, prawda? To ją najbardziej przerażało. Gdyby za nim nie tęskniła, nie potrzebowała go... to pewnie nawet nie zauważyłaby, że przestał się do niej odzywać. Stan faktyczny miał się inaczej i Jolene czuła się przez to zagrożona — CO JEST? CO TAKIEGO WIELKIEGO ROBIŁEŚ, ŻE NIE MOGŁEŚ MNIE NAWET OSTRZEC, ŻE ZAMIERZASZ SIĘ DO MNIE NIE ODZYWAĆ? SKĄD TEN POMYSŁ W OGÓLE? — Jolene powoli traciła wiarę w słuszność tej misji i z całą pewnością odmalowywało się to na jej twarzy — Dobrze wiesz, że popadam w paranoję i zastanawiam się godzinami czy zrobiłam coś nie tak, że może wcale już nie chcesz spędzać ze mną czasu — albo, że znalazłeś sobie nowe psiapsiółki, albo dziewczynę, co gorsza. Tych słów jednak już nie wypowiedziała, bo zgodnie z ponadczasową przepowiednią matki zapewne jej głos załamałby się i Jolly rozkleiłaby się jak skończona idiotka, a tego nie zamierzała robić. Opuściła ręce wzdłuż ciała i pokręciła przecząco głową, wyrzucając z niej koncepcję, że do całego tego zamieszania przyczyniła się ona sama, w zachwycie rozwodząc się nad umiejętnościami, wiedzą i doświadczeniem wykładowcy etyki prawniczej, kilka dni temu w obecności Bentleya właśnie. To akurat nie mogło mieć związku z sytuacją.
      — JESTEŚ... JESTEŚ... — szukała odpowiedniej inwektywy, którą mogłaby mu dopiec; przeszukiwała umysł, aby znaleźć idealny argumentum ad personam, ale w głębi duszy wiedziała, że wcale nie chce tego robić — Jesteś mi dłużny za opakowanie melisy, którą musiałam przez Ciebie pić tyle dni — dodała cichym, cichutkim tonem, porzucając na chwilę swoją bojowość. Co za dupek! Jolene spojrzała na niego spode łba, czekając na jakiekolwiek słowa wyjaśnienia. NO.

      [Oby Twój dzień był milszy niż to rozpoczęcie wątku, huehue. Nie no, mam nadzieję, że toto ^ może być i będzie nam się dobrze pisało. A jeśli chodzi o długość to raz więcej, raz mniej — nie ma to dla mnie znaczenia. Pozdrawiam serdecznie.]

      J.

      Usuń
  26. [Dobrze, będę cierpliwie czekać :)]

    Lyndsey

    OdpowiedzUsuń
  27. Nawet najmniej spostrzegawczy obserwator mógł dostrzec to co zdawało się być oczywiste: Jolene Caulfield była zła. Mogła świadczyć o tym jej postawa; biodra wysunięte do przodu w buńczucznej postawie, ramiona ponownie skrzyżowane na piersi, lekko wydęte usta i niezbyt ciepłe spojrzenie. Z niejakim zaskoczeniem odkryła, że wściekłość, której smak zaległ na samiutkim czubku języka, nie skupiała się wyłącznie na osobie Bentleya. Jak to miała w zwyczaju wystarczyło kilka sekund, aby palcami rozerwała własną klatkę piersiową w celu dokonania analizy wszystkiego tego co się w niej kłębiło. Przypomniała sobie tym samym pewną grafikę niezbyt znanej artystki: palce rozdzierające tors właśnie, a wewnątrz przeróżne, mniej lub bardziej niespodziewane obiekty: kwiaty, serce, ścięgna o niespotykanej formie i barwie. No i po co jej to było? Caulfied zrozumiała dwie, a właściwie trzy rzeczy:

    a. nadal była zła na niego, ale ten afekt przybierał teraz zupełnie inną postać;
    b. BYŁA WŚCIEKŁA NA SIEBIE, ŻE POZWOLIŁA, ABY TO MILCZENIE Z JEGO STRONY JAKKOLWIEK NA NIĄ WPŁYNĘŁO;
    c. denerwowała się jeszcze bardziej, gdy zrozumiała, że straciła nad sobą kontrolę, przychodząc tutaj, a potem dokonując werbalnego ataku na swojego przyjaciela.

    Na tym polegał problem z Jolene. Przez większość życia udawała, że nie ma emocji, a nic i nikt nie jest w stanie oddziaływać na nią tak, by koniec końców poświęciła temu niczemu i nikomu swą uwagę. Czyż nie tak było bezpieczniej i prościej? Była w kontroli i wówczas opierała swe działania wyłącznie na sile rozumu, a to z całą pewnością pochwaliłaby matka dziewczyny. Tylko ile można było udawać? Otóż: niedużo. Człowiek tracił czujność i potem właśnie hops! wskakiwały na niego wszystkie wypierane i odsuwane uczucia niczym niechciani krewni w wieku poniżej siedmiu lat. Jolene doskonale wiedziała, że zachowała się histerycznie i już zaczęła żałować swej popołudniowej wycieczki w to miejsce; odczuwała niejaki wstyd, ale prędzej pozwoliłaby okraść się z ulubionych par butów, niż przyznać do tego, że popełniła błąd naskakując na Bentleya. W końcu to nie tak, że sobie nie zasłużył, prawda?

    Wszystko przez to, że pozwolił, aby mu zaufała! Gdyby był takim samym jak reszta, nic niewartym dupkiem o megalomańskich skłonnościach to byłoby jej zdecydowanie łatwiej w życiu! Nie musiałaby sobie zawracać głowy rzewnymi przemyśleniami o tym jak trudno zawierać prawdziwe przyjaźnie po dwudziestym roku życia. Żyłaby pogodzona z uboższą rzeczywistością. O nie, nie. Musiał sprawić najpierw, że go polubiła i zaczęła o nim myśleć, a potem metodycznie wyszarpywał Jolene kolejne dawki zaufania swą obecnością, aż wreszcie trafił na jedną z pozycji szybkiego wybierania. Chyba zdawał sobie sprawę, że Caulfield należała do tych paranoicznie nastawionych ludzi, którzy żyli niepowodzeniami z przeszłości, zwłaszcza jeżeli dotyczyły relacji międzyludzkich. Obawiała się wszystkich tych rzeczy, których już niegdyś doświadczyła, ale w tym akurat nie była odosobniona; tak podobno mieli wszyscy na tym świecie, co akurat nijak jej nie pocieszało.

    OdpowiedzUsuń
  28. Była impulsywną bestią, która potrafiła rzucić się komuś do gardła, aby po chwili zrozumieć bezsensowność swego ataku i zacząć się chyłkiem wycofywać. Mogła też wrzeszczeć w najlepsze aż w końcu rozpłakałaby się, a to doprowadziłoby ją do jeszcze większej niechęci względem własnej osoby. Nie znosiła się mazać. Zwłaszcza w obecności facetów. To było zakazane. Koniec. Kropka. Żadnej wyższej instancji, do której można by się odwołać. NIE. TYLE.
    Wciąż czuła złość na całokształt sytuacji, ale rozkład tych negatywnych emocji na ich dwójkę zaczął się kształtować na niekorzyść Jolene.

    Nadal mogła rozkoszować się zaskoczeniem, które odmalowało się na twarzy chłopaka, gdy stanął na progu rozgłośni, nie spodziewając się, że zastanie ją właśnie tutaj. Wystarczyło na chwilkę, chwilunię przymknąć oczy i już widziała to zdziwienie, mały grymas przemykający przez jego twarz. Bardzo dobrze. Co z tego, że późniejsze słowa Bentleya dolały oliwy do ognia? Nie zamierzała unosić się bardziej niż zrobiła to na samym początku tego operowego wystąpienia, z którego nie była dumna ani przez chwilę.

    Obserwowała go spod zmrużonych powiek, gdy zajmował miejsce za biurkiem i przerzucał swoje papierki, sprawiając wrażenie niewzruszonego jej obecnością, ani słowami, które ku niemu skierowała. Bardzo sympatycznie. Najbardziej podobało jej się to, że nie patrzył na nią, mrucząc coś pod nosem z irytującym spokojem. To zdecydowanie był najpiękniejszy motyw całego tego spotkania, bo ona przecież wprost uwielbiała, gdy ktoś nie nawiązywał z nią kontaktu wzrokowego! Cholerny Ellery. Bardzo nie chciała zacząć się zastanawiać nad wszelkimi czynnikami, które powodowały, że był taki spokojny, gładki i opanowany, o postawie godnej pozazdroszczenia. Trochę się bała wniosków, do których mogła dojść, a więc nakazała sobie pozostanie w strefie komfortu z tymi wszystkimi rozważaniami.

    Nie mogła jednak powstrzymać krótkiego, odrobinę kociego prychnięcia. Był trochę zajęty? Ciekawe.
    — Czym? — wyrwało jej się odrobinę za wcześnie, a spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu omiotło pomieszczenie, kierując się ostatecznie ku sufitowi, a potem miniaturowemu okienku, znajdującemu się za plecami Bentleya — Można tu palić? — nie dostrzegła czujników dymu, a to dawało jej niejaką nadzieję. Wcale nie zamierzała spieszyć się z wyjściem, które z całą pewnością pozwoliłoby jej zaznać ulgi, ale tylko na krótką chwilę. Musiałaby wrócić do siebie i zacząć zastanawiać się nad wszystkim; myślałaby o napaści w rozgłośni radiowej, własnej skłonności do dramatyzowania i histerii, szemranych emocjach jakie wzbudzał w niej Cholerny Ellery (to nowy przydomek, który powinien nosić z dumą), na wyborach prezydenckich i kryzysie imigracyjnym w Europie kończąc. Mogłaby również spotkać się ze swoim wykładowcą, ale dzisiaj nie była w odpowiednim nastroju, aby redukować własne znaczenie do poziomu obiektu seksualnego. Zamiast tego ruszyła się z miejsca i stanęła za fotelem, który zajął Ellery i wyjrzała sobie przez to malutkie, miniaturowe okienko. Dobrze, że była do niego tyłem, bo mógłby wyczytać z jej oczu chęć, którą musiała zwalczyć. Pragnęła pieszczotliwym gestem wsunąć w jego włosy palce, aby zacisnąć je niespodziewanie i lekko pociągnąć, tak na opamiętanie. Taka właśnie była Jolene. Pieszczota w jej wykonaniu mogła poprzedzać krzywdę. Mogła, ale nie musiała. Dzisiaj nie była w stanie przewidzieć na co by się ostatecznie zdecydowała. Nie wiedzieć czemu w głowie Jolene zaczęła grać piosenka Teenage Dirtbag. Bardzo interesujące, mózgu, pomyślała Jolly. Bardzo.

    [Nic nie cenzuruj! Niech Cię boska ręka przed tym broni. Tak jest idealnie. Z poważaniem, my.]

    J.

    OdpowiedzUsuń
  29. [Cześć! Palcem po mapie podróżuje już od lat, dystans lodówka-łóżko też ma względnie opanowany, więc chyba może już ruszać w dalekie wojaże. Regina uważa się za straszną egoistkę, stąd te próby przekonania wszystkich dookoła; a nudna jest z założenia, jak w praniu wyjdzie mi ciekawsza, to przynajmniej będzie miłe zaskoczenie, a nie rozczarowanie!]

    Regina Vicker

    OdpowiedzUsuń
  30. O znaczonej tali kart wiedział tylko Danny, kumpel Louey, z którym ten spędzał znacznie więcej czasu niż powinien. Głównie też to właśnie oni we dwoje zajmowali się organizowaniem wieczorków pokerowych, o których nikt nie miał się dowiedzieć, bowiem hazard na terenie campusu był surowo zabroniony, czego Louey nie był w stanie zrozumieć. Dlaczego inne gry i zabawy były legalne? W końcu poker to tylko jedna z karcianych gier… Nikt nikogo do grania na pieniądze nie zmuszał. W każdym razie, Louey czuł, że jako organizator ma obowiązek wygrać od czasu do czasu. I o ile rzadko kiedy zdarzało mu się samodzielnie wygrać, stąd też w jego głowie zaświtał pomysł ze znaczoną talią i o ile początkowo nie miał pojęcia jak się za to w ogóle zabrać, internet szybko mu podpowiedział co i jak. O jego sekrecie nie wiedział nawet Danny. Nie chodziło o to, że bał się, że kumpel mógłby go wydać, był pewien Danny’ego w stu procentach. Wolał po prostu być zabezpieczonym, bowiem gdyby wpadł to chociaż drugi współorganizator byłby czysty i mógłby dalej zarabiać. Tak, zarabiać. Bowiem od każdego zwycięscy pobierali opłatę w wysokości pięciu procent od wygranej. Nic wielkiego, jednak grosz do gorsza, a… Wiadomo.
    Louey nie mógł jednak pozwolić sobie na ciągłe wygrywanie przy kumplach, w końcu prędzej czy później, któryś z nich zorientowałby się, że to nie jest tylko zwykły fart, a tym bardziej szczęście nowicjusza, ponieważ takowym nie był. Przed nim jednak stało otworem całe, pobliskie miasteczko. Dlaczego, więc nie mógłby z tego skorzystać? Oczywiście pobliskie kasyno w ogóle nie wchodziło w grę, nie zapoznał się jeszcze wystarczająco mocno z techniką liczenia kart, a ryzykować przegraną ostatnią gotówką, nie miał zamiaru. Znalezienie odpowiedniego miejsca z odpowiednimi ludźmi tak naprawdę nie stanowiło większego problemu. Wystarczyło mieć oczy szeroko otwarte i dookoła głowy, przy tym zaglądając do różnych barów i pubów.
    Gdy wygrał po raz pierwszy, wykładając na stół trójkę asów, nikt jeszcze się na niego nie wkurzał. Facet siedzący naprzeciwko niego stwierdził, że to zwykły fart. Ellery, który siedział tuż obok tego faceta znał go i wiedział, że czasami zdarza mu się wygrać. W końcu nie siedzieli ze sobą po raz pierwszy z kartami w rękach. Sam Louey nie wiele się też zastanawiał nad tym co robi. Poza znajomym z college nie znał tutaj nikogo innego, prawdopodobieństwo, że spotka się którymś z nich ponownie było niewielkie, dlatego też Shinn z radością wyłożył ponownie na stół karty, które oznajmiały, że wygrywa. Z radością wyciągnął ręce po dolary leżące na stole. Na jego ustach zagościł szeroki uśmiech, w końcu kto by się nie cieszył, zgarniając ze stołu blisko czterysta dolców? Nie grali na bardzo wysokich stawkach, jednak wygraną lub przegraną zdecydowanie dało się już odczuć. Szczególnie, gdy przegrywało się któryś już raz z rzędu.
    — To co panowie, rewanż? — Mógłby grać przez całą dzisiejszą noc. Czuł jednak na sobie świdrujące spojrzenie Bentley’a, które zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego. Nie kwapił się, by zaszczycić znajomego swoim własnym spojrzeniem.
    — Oczywiście dzieciaku, nie skończymy dopóki nie odzyskam moich pieniędzy — odezwał się jeden z grających mężczyzn.
    — Poczekajcie, gram dalej ale naprawdę muszę iść do kibla, nie wytrzymam dłużej — odezwał się łysy chłopak, będący niewiele starszym od Louey.
    — Skoro tak, idę po piwo. Przynieść komuś? — Blondyn rozejrzał się szybko po zgromadzonych, zbierając zamówienie. Wstał od stołu i powolnym krokiem ruszył w stronę baru. Usadowił tyłek na jednym z wysokich krzeseł i uśmiechnął się subtelnie do barmana, przechylając głowę na bok.
    — Kufel piwa, jedno whisky z lodem i jedno z lodem i colą — złożył zamówienie, układając dłoń na drewnianym blacie, po którym z łatwością dało się dostrzec starość tego miejsca. Drewniane regały znajdujące się za ladą były wypełnione najróżniejszymi alkoholami, których Louey nie miał jeszcze okazji spróbować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Pełno tu dzisiaj ludzi, co? Masz ręce pełne roboty. — Zagadnął czekając na zamówione alkohole. Nie był zainteresowany pracą w takim miejscu, ale Danny coś mu ostatnio wspominał, że jego rodzicielka coraz częściej daje mu znacznie mniej pieniędzy niż dotychczas i robi to z wielkim trudem. Shinn po własnych doświadczeniach był świadom, że i u bruneta nastanie kiedyś taka sytuacja, to też zawczasu chciał podpytać o ewentualne miejsca zatrudnienia. W końcu byli kumplami na dobre i na złe, a pomoc w poszukiwaniach pracy nie była czymś ani ciężkim, ani nadzwyczajnym.

      Louey

      Usuń
  31. [Regina bardzo chętnie wszystkich spróbuje o tym przekonać — więc co z tego, że mało zręczne! Powiedz mi, czy są na tym samym roku — a jeżeli są, to czy mogli zbiegiem okoliczności gdzieś na samym początku przesiedzieć razem kilka dni pod rząd w bibliotece i od tamtej pory przynajmniej ze sobą od czasu do czasu porozmawiają? Chyba, że masz jakiś ambitny plan — nie wiem, rodziców-przyjaciół, znajomość jeszcze z piaskownicy albo jakiś wspólny interes, cokolwiek?]

    Regina Vicker

    OdpowiedzUsuń
  32. [ Dziękuję za uwagi, a co do koszykówki, to mój błąd, miała być siatkówka. ]

    Colleen

    OdpowiedzUsuń
  33. [Regina urodziła się w Melbourne i mieszkała tu dobre kilkanaście lat, póki nie trzeba było wprowadzać się do domu rodzinnego matki, żeby pomóc babci; teraz rodzice z bratem mieszkają w Orlando, więc możemy pomyśleć nad czymś konkretniejszym.]

    Regina

    OdpowiedzUsuń
  34. [Tak, to zupełnie w jej stylu; pewnie uznała, że nie mają nic lepszego do roboty i mogła nawet jego koledze zrobić na ten temat wykład, jak już poczuła się wystarczająco upokorzona, ale nie wiem, czy coś z tego wyciągnął. I nie zdecydowałam jeszcze, jak konkretnie Regina się udziela, ale pewnie zwierzaki lubi bardziej niż ludzi, więc wolontariat w schronisku pasuje jak najbardziej; sądzę nawet, że pachnący kiełbasą Ellery mógł mieć z niej niezły ubaw, kiedy pies prawie wyrwał jej rękę.
    W każdym razie wszystko mi pasuje, a jeżeli mam zacząć, to zrobię to prawdopodobnie jutro; dzisiaj już nie wiem co piszę, za długo jestem na nogach!]

    Regina

    OdpowiedzUsuń
  35. Pokemon Go, ku zdziwieniu Williama, stało się aplikacją, która potrafiła zawładnąć życiem każdego. Tak też stało się z Danversem. Na początku nie myślał, że całe to pokemonowe szaleństwo dosięgnie jego skromną osobę. Nie wyobrażał sobie siebie, biegającego z telefonem w ręku, szukającego nieistniejących stworków. Teraz jednak był przekonany, że byłby zdolny wepchnąć prezydenta do fontanny, gdyby miał dzięki temu dostać kolejny okaz do swojej kolekcji. W końcu chciał mieć je wszystkie.
    Będąc dzieckiem pamiętał, jak w telewizji emitowane były odcinki Pokemonów, więc co nieco o nich wiedział. Nie był co prawda fanem, jednak potrafił rozpoznać kilka gatunków i określić jakie miały moce. Poekmony były chyba jedynym anime, jakie w życiu obejrzał, bo jeśli miał być szczery, to nie przepadał za tego typu filmami. Nie wygłaszał swojej opinii zbyt głośno, bo nie chciał narażać się na ataki całej fanowskiej społeczności.
    Dla jednych cała ta aplikacja mogła wydawać się stratą czasu i w rzeczywistości tak był, ale sporo osób, zwłaszcza starsze pokolenia, nie zauważało faktu, że dzięki niej młodzi ludzie wychodzili z domów i spędzali coraz więcej czasu na zewnątrz. Dla Willa wszystko, co powodowało, że decydował się wyjść ze swojego pokoju było czymś bardzo dobrym i nie żałował, że jego wolne miejsce w telefonie się skurczyło. Pokemonowe szaleństwo miało jednak jedną wadę, która polegała na tym, że Danvers zdawał się czasem nie mieć zahamowań przed tym, by w razie potrzeby zrobić wszystko co koniecznie, byleby złapać pokemona. Zwłaszcza jeśli chodziło o Pikachu. Ten mały, żółto-czarny stworek zawsze mu uciekał, a wszyscy jego znajomi posiadali już tego elektrycznego stworka w swoich zbiorach. Był zazdrosny i musiał nadrobić straty związane z tym, że bardzo późno zaczął swoją przygodę.
    Pomysł na wyjście z Ellerym narodził się u Williama dość spontanicznie. Nie przepadał za towarzystwem przy szukaniu pokemonów, bo w końcu kompan w mgnieniu oka może stać się konkurencją, gdy na ekranach telefonów pokaże się jakiś rzadki okaz. Ostatnio jednak Danvers miał lekkie obawy, co do samotnego spacerowania po okolicy. Tyle się słyszało o jakimś ugrupowaniu młodych ludzi, którzy mogą okraść lub pobić kogoś. Chłopak nie chciał się narażać i pomyślał, że towarzystwo może mu się przydać. Z resztą z Bentley'em dogadywał się całkiem dobrze, więc nie powinno być źle.
    Czekał na plaży, gdzie udało mu się znaleźć wodnego pokemona. Cieszył się, że nie było tam nikogo innego. Postanowił urządzić sobie krótki spacer (nie, nie było to spowodowane tym, że brakowało mu tylko kilkuset metrów do wyklucia jajka). Poruszanie się po piasku nie było łatwe, zwłaszcza że stopy zakopywały się w nim po kostki. W końcu jednak dotarł do miejsca, gdzie miał się spotkać z przyjacielem.
    – Myślałeś że spotkasz tu dziwkę lub syrenkę? – mruknął krzyżując ręce na piersi. – Poza tym to jesteś na filologi, nie na matematyce, więc nie potrafisz liczyć – dodał zgryźliwie i skinął głową w lewo, co miało oznaczać rozpoczęcie polowania.
    Spacerowali przez kilka minut pogrążeni w milczeniu. Pech chciał, że na ekranach nie pokazywał się żaden pokemon, co nie podobało się Williamowi, bo przecież to burzyło jego plany. Przecież chłopak miał wrócić do pokoju i pochwalić się współlokatorom, ile pokemonów zdążył złapać.

    [ Nie przejmuj się, ja też muszę się rozruszać :) ]

    William Danvers

    OdpowiedzUsuń