Ean Blythe
21 lat || II rok || malarstwo
powiązania
Ean urodził się w Londynie, jego starszy o kilka miesięcy brat Victor w Berlinie, a najstarszy z braci - Charlie, w Paryżu. Ich rodzice są rodowitymi Australijczykami. Ean spędził prawie całe swoje dotychczasowe życie na walizkach. Średnio co dwa lata rodzice decydowali się na przeprowadzkę. Państwo Blythe nigdy nie zastanawiali się, jak takie przeprowadzki mogą wpłynąć na ich trzech synów. Najważniejsze było to, by oni byli szczęśliwi. A dzieci? Dzieci nauczyły radzić sobie same. Dzięki temu trzej bracia od zawsze mieli ze sobą niezwykle dobry kontakt, pomimo różnych charakterów. Do czasu. Wszystko zaczęło się psuć, gdy Charlie wstąpił do marynarki wojennej. Ean i Victor nie potrafili już się dogadać i być dla siebie wsparciem, tak jak wcześniej. Od trzech lat prowadzą ze sobą cichą wojnę. Kłócą się niemal o wszystko i wytykają sobie nawet najmniejsze błędy. Rodzice kupili im mieszkanie w Melbourne, niedaleko uczelni, a sami wyruszyli w podróż po Stanach, razem ze swoją pięcioletnią córką. Pomiędzy braćmi jak na razie panuje względny spokój, choć wspólne życie jest niekiedy naprawdę ciężkie.
Ean wiecznie chodzi z głową w chmurach. Ci, którzy go znają i utrzymują z nim jakiś bliższy kontakt, już dawno przyzwyczaili się do tego, że Blythe często zapomina zmyć z siebie farbę. Niektórzy uważają go za mruka, ale prawda jest taka, że jak się rozgada to nie ma końca. Pali, ale od kilku tygodni próbuje rzucić, bo palenie za bardzo przypomina mu jego Miłość, która już zniknęła z jego życia. Samotnik, który śmieje się z własnych żartów. Sportu unika jak ognia. Ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu, co często wykorzystuje podczas potyczek z bratem, który jest od niego sporo niższy.
Oduczyłam się pisania rozbudowanych kart postaci, więc jak na razie to coś na górze musi pozostać. W tytule Imagine Dragons.
Ean nie jest wcale taki zły, jaki może się wydawać. Oczywiście zapraszamy do wątków oraz powiązań ;)
Oduczyłam się pisania rozbudowanych kart postaci, więc jak na razie to coś na górze musi pozostać. W tytule Imagine Dragons.
Ean nie jest wcale taki zły, jaki może się wydawać. Oczywiście zapraszamy do wątków oraz powiązań ;)
[Witam i życzę udanych wątków i masy weny. W sprawie tych pierwszych zapraszam do siebie. Myślę, że dzięki zamiłowaniu do sztuki i obyciu obcokrajowcem mógłby bez problemy dogadać się z Ami <3]
OdpowiedzUsuńAmelie
(Hej! Znam to życie na walizkach i szczerze współczuję mu tego, że ciągle tak zmieniają miejsce zamieszkania. Oby jak najszybciej się zadomowił tutaj i znalazł szczęście^^
OdpowiedzUsuńBaw się dobrze i długiego pobytu życzę!^.^)
Isabella&Xander
[ Interesująca postać. Życzę dobrej zabawy i wielu ciekawych wątków :) ]
OdpowiedzUsuńWilliam Danvers
[No cześć i tu... ;>
OdpowiedzUsuń<3]
Louey
[Cześć! Wydaje się być całkiem miłym panem :) Chętnie się przekonam jaki naprawdę jest, także zapraszam do siebie!]
OdpowiedzUsuńLyndsey
[Dobry wieczór! Udanego pobytu tutaj i wielu wątków. Jak coś wpadaj do mnie, nie gryzę. ;)]
OdpowiedzUsuńJeffrey
[Wpadł mi do głowy dziwny pomysł, w którym to Lyndsey zaciąga Eana do łazienki w swoim akademiku i próbuje rozebrać, aby zmyć z niego resztki farby, gdyż postanawia zabrać go na urodziny szalonej ciotki. A zabiera jego, bo nie uważa go za idiotę i w zasadzie go lubi, a na tych urodzinach będzie potrzebowała jakiejś przyjaznej duszy, o. Jak się na to zapatrujesz?]
OdpowiedzUsuńLyndsey
[O lol, z kim ja się zadaję XD
OdpowiedzUsuńMyślimy nad czymś?]
Louey
[Dzień dobry! Fajny ten chłopoczek :D Życzę udanej zabawy na blogu oraz wielu owocnych wątków :) Mimo, że na obecną chwilę pomysłu na wątek nie mam to i tak do siebie zapraszam :D Kto wie? Może jakieś powiązanie ze Sky uda nam się wymyślić? :3]
OdpowiedzUsuńSky/Diego
[To rozumiem, że w następnym lecimy z oglądaniem "Ani z Zielonego Wzgórza"? XD
OdpowiedzUsuńGeneralnie to sorry za błędy, ale jadę z matką łapać Pokemony, pardon, zbierać materiał do badań, a chciałam Ci to koniecznie wrzucić przed wyjściem. Co wyłapałam to poprawiłam, ale zapewne nie wszystko. XD]
Kiedy poprzedniego dnia, pod sam wieczór, do jego drzwi zapukał Victor, Leo nie podejrzewał niczego. Po trzech miesiącach od rozstania powoli tracił resztki nadziei na to, że kiedyś do siebie wrócą, coraz częściej dochodził też do wniosku, że jego udawany związek z Eanem zupełnie nie ma sensu. No, przynajmniej w swoim pierwotnym przeznaczeniu... Nie, o innej opcji nawet nie myślał. Oczywiście to nie tak, że nie czuł żadnej sympatii do młodszego z braci Blythe, bo czuł i to naprawdę ogromną. Przynajmniej to sobie powtarzał, kiedy odruchy jego ciała zaczynały być niewygodne i podsuwać mu na myśl jakieś inne, niebezpieczne opcje. Przecież wciąż kochał Victora, wciąż chciał z nim być. Eana uważał za wspaniałego faceta, ale przecież... No, nie był swoim bratem.
W każdym razie, kiedy zobaczył swojego byłego w progu, był w niezłym szoku. Z początku myślał, że ten chce odzyskać tych kilka rzeczy, które zostały w mieszkaniu Leo po ich rozstaniu. Z pewnością nie spodziewał się, że ten prawie od razu rzuci mu się w ramiona, i powie, że ich rozstanie było największym błędem w jego życiu.
I jak jeszcze miesiąc temu ucieszyłby się z tego tak cholernie, zacząłby skakać i piszczeć z radości, przynajmniej w duchu, tak teraz... Tak, ucieszył się, ale nie tak mocno, jakby się spodziewał. W głębi duszy czuł coś jak satysfakcja, spowodowana jakiegoś rodzaju zwycięstwem, ale tak z drugiej strony odczuwał jakieś dziwne ukłucie w sercu na samą myśl o końcu "związku" z Eanem. Oczywiście ignorował to, zrzucając winę na zwykłe przywiązanie, jakiś dziwny sentyment.
Z Blythe'm umówił się następnego rana, by przekazać mu "dobrą nowinę". Po południu po prostu wsiadł do swojego starego, nieco zdezelowanego samochodu i pojechał do zajmowanego przez braci mieszkania. Wiedział, że zastanie jedynie Eana, będą mogli spokojnie porozmawiać i... Nie mógł zestawić razem odpowiednich słów w tym kontekście.
Wchodząc do mieszkania czuł się wyjątkowo niepewnie, lekko skręcało go w żołądku. Starał się jednak sprawiać wrażenie pewnego swoich czynów i spokojnego. Zatrzymał się jeszcze w korytarzu, gdzie, jak miał w zwyczaju, oparł się o ścianę. Przez chwilę nic nie mówił, rejestrując wzrokiem wszystko dookoła.
– Victor był u mnie wczoraj wieczorem – powiedział w końcu. Cicho, nawet jak na siebie. – Stwierdził, że nasze rozstanie było błędem i chce do mnie wrócić – dodał.
Miał nadzieję, że kiedy to z siebie wyrzuci, zrobi mu się w końcu lżej, ale czuł się tylko gorzej. Naprawdę nic nie rozumiał, był kompletnie zbity z tropu.
Leo
[Dzisiaj dostaniesz, spoko! Wiesz... Rzeka nigdy nie jest taka sama XD]
OdpowiedzUsuńLouey
[Masz mnie, przyznaję się! Ale i tak prawie nic nie upolowałyśmy, to pewnie za karę za kiepskie wymówki. XD]
OdpowiedzUsuńLeo bez wątpienia nie należał do mistrzów w odgadywaniu cudzych uczuć, bo i własnych nie rozumiał. Miał za to to szczęście, że ludzie dosłownie kochali się mu zwierzać, zazwyczaj więc nie musiał się zastanawiać. Gorzej, jeśli ktoś tego nie robił, wtedy był po prostu jak dziecko we mgle. Tak samo o ile niekiedy potrafił komuś sensownie doradzić, o tyle w kwestii własnych relacji z innymi ludźmi był skończoną lebiegą, wpadał wyłącznie na tragiczne pomysły, które nie miały prawa powodzenia. Najboleśniej odczuł to na początku swojej znajomości z Victorem. Chłopak od razu mu się spodobał, a z każdym kolejnym spotkaniem czuł się coraz bardziej zakochany. Problem leżał w tym, że nie dość, że co chwila popełniał jakieś błędy, to długo był przekonany, że jego zainteresowanie jest kompletnie nieodwzajemnione. Dopiero kiedy Vic bezpośrednio wyznał mu swoje uczucia, Leo zrozumiał wszystkie wcześniej wysyłane sygnały.
Ale nawet takiej lebiedze uczuciowej jak Leo, zachowanie Eana wydawało się cholernie podejrzane. Miał dziwne wrażenie że chłopak jest... zazdrosny? Zawiedziony? Nie umiał dokładnie określić tego co mu się wydawało, ale wiedział, że to zwyczajnie dziwne, niewłaściwe w stosunku do pierwotnej natury ich związku. A może po prostu tylko mu się wydawało? Musiał to przetrawić, przemyśleć, potrzebował dłuższej chwili na wymyślenie, co właściwie ma mu odpowiedzieć.
– Też nie bardzo chce mi się w to wierzyć, Ean, ale tak po prostu było – stwierdził, krzyżując ręce na klatce piersiowej; to było proste, neutralne, dawało mu chwilę na wymyślenie jakiejś właściwszej, przynajmniej w jego mniemaniu, reakcji. Oczywiście za godzinę dotrze do niego, że to, co zrobił i powiedział było zwyczajnie głupie, nietrafione, mógł rozegrać to lepiej. Przez moment przeszło mu przez myśl, że w ogóle najlepiej byłoby, gdyby przeprosił Eana i wyszedł; jak mógł przeprowadzić z nim taką rozmowę, kiedy nie rozumiał własnych uczuć?
– Widziałeś, żebym kiedykolwiek się cieszył? – spytał, mimowolnie uśmiechając się półgębkiem; faktem było, że z całej trójki swojego rodzeństwa, to właśnie Leo miał największe problemy z okazywaniem uczuć i emocji. Jego siostra z kolei była w tym mistrzynią, a brat... Cóż, w tej kwestii zachowywał zdrową formę. Leo niekiedy zazdrościł rodzeństwu, zastanawiając się, czemu to akurat jemu przypadła ta wadliwa część genów; równie często dochodził do wniosku, że takie zdolności kamuflujące są całkiem przydatne. – Powiedziałem mu, że muszę to sobie poukładać w głowie, być fair w stosunku do ciebie, więc chyba nie, nie wróciliśmy tak po prostu do siebie – wyjaśnił w końcu. Miał dziwne wrażenie, że to właśnie było to najbardziej nurtujące Eana pytanie.
Leo
[Czuję się złym człowiekiem. XD]
OdpowiedzUsuńO tym, że stosunki między Eanem a Victorem są mocno napięte, Leo wiedział praktycznie od początku jego poprzedniego związku. Sam nie do końca wiedział dlaczego tak jest, ale nawet nie chciał o to dopytywać, przynajmniej samych zainteresowanych. Kilka razy rozmawiał na ten temat z Mikaelem, jednak i on nie potrafił mu jednoznacznie odpowiedzieć na stawiane pytanie.
– Jasne, chodźmy – skinął głową. Zdjął jeszcze buty w korytarzu i skierował się w stronę salonu; chciał to wszystko nieco przeciągnąć, bo zwyczajnie zaczął odczuwać stres, spowodowany samą wizją tej poważnej rozmowy. A przecież nie miał ku temu powodów, to była tylko przyjacielska dyskusja na temat, który powinien być przyjemny... Powinien ale nie był, ewidentnie dla nich obu, co dodatkowo powodowało, że Leo gubił się w tym wszystkim, jego mózg dosłownie rozsadzało od nadmiaru sprzecznych informacji.
Przysiadł na kanapie, od razu podkulając nogi pod brodę. Objął się ramionami, patrząc prosto w twarz chłopaka. Próbował odczytać cokolwiek z jego miny, żeby lepiej zrozumieć jego reakcje. A przynajmniej spróbować to zrobić bo czuł, że jeśli Ean z siebie tego po prostu nie wyrzuci, to nic nie mu nie zacznie świtać.
– Nie wiem, co zrobię, jak to sobie przemyślę. To nieco dziwne, że tak nagle, z dnia na dzień, doszedł do wniosku, że koniecznie musimy być razem. To wszystko jest... chore i dziwne, więc nie musisz, chyba nawet nie powinieneś mi gratulować – westchnął, zamykając oczy. Oparł czoło o kolana i nieznacznie się zakołysał. – Jakbym potrafił tak po prostu powiedzieć "tak", nie prosiłbym o czas na przemyślenie... – stwierdził. – A poza tym mam pewne zobowiązania wobec ciebie – dodał szybko, z powrotem podnosząc na niego wzrok.
W pierwszej chwili w ogóle nie chciał odpowiadać na pytanie czy naprawdę tego chce. Głównie dlatego, że zwyczajnie nie potrafił jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Im dłużej zastanawiał się nad całą sytuacją, tym gorzej było z jego głową i pojęciem całej tej sytuacji. Potem jednak poczuł, że jest mu zwyczajnie winien tę odpowiedź, czuł to gdzieś w głębi duszy.
– Sam nie wiem, czego chcę... Powinienem się cieszyć, dosłownie skakać ze szczęścia, nie? A ja jestem tylko zadowolony z tej sytuacji, to coś w rodzaju satysfakcji z osiągniętego celu, który nie niesie za sobą nic głębszego – wyjaśnił w końcu. W gruncie rzeczy był zadowolony z tego, że to z siebie wyrzucił, bo to znaczyło, że miał komu się zwierzyć. W jego wypadku to znaczyło naprawdę sporo. – Jestem okropny, prawda? – spytał ponuro.
Od początku tej rozmowy próbował ułożyć sobie w głowie. W końcu jednak udało mu się dobrać odpowiednio neutralne i jasno brzmiące słowa. – Dlaczego tak się tym przejmujesz, Ean? – spytał.
Leo
[To jest ten poziom zła, na którym powinnam dostać zatrudnienie u Saurona albo i u samego Księcia Ciemności! XD]
OdpowiedzUsuńMusiał naprawdę mocno przemielić w głowie to, co właśnie usłyszał od Eana. Zależy mu? Na nim? To było coś niezwykłego, czuł się tym dziwnie skrępowany, ale i szczęśliwy, przynajmniej w jakiś sposób. Gdyby jeszcze wiedział, jakiego rodzaju było to "zależy"... Całe życie miał nadzieję, że nigdy nie znajdzie się w sytuacji, w której będzie dostawał tyle sprzecznych lub niejasnych sygnałów z tylu różnych stron i źródeł. To wszystko zdecydowanie nie było na jego zdolności interpersonalne. Ale skoro już tak było, to chciał jak najlepiej zrozumieć tę sytuację i jakoś z niej wybrnąć.
Powolnym, nieco niezdarny ruchem, zmienił pozycję. Uklęknął w tym samym miejscu, położył dłonie na udach i jeszcze uważniej wbił wzrok w Eana. Przekrzywił głowę w lewo i uśmiechnął się. Dość szeroko, bardzo przyjacielsko, tak, jakby miał nadzieję że to cokolwiek pomoże. Może nieco ośmieli Blythe'a... Cokolwiek. Parę razy słyszał te wszystkie truizmy o tym, że uśmiech to jakieś lekarstwo, panaceum na całe zło świata. Nigdy w to nie wierzył, ale też nie uśmiechał się dość często, by mieć w tym temacie jakiekolwiek doświadczenie. Ten uśmiech nie zszedł z jego twarzy nawet, kiedy Ean dotknął jego twarzy. Ot, szybko sam sobie wytłumaczył, że to zapewne była po prostu rzęsa albo coś...
– Ean, zaczekaj... Co masz na myśli mówiąc, że ci zależy? W sensie... Jak na przyjacielu, prawda? – spytał, spoglądając na chłopaka uważnie. Miał nadzieję, że ta odpowiedź rozjaśni mu wszystko i potem po prostu go oświeci, zrozumie nagle wszystko i będzie dokładnie wiedział co zrobić. Słodka naiwność! – W końcu... Jesteśmy tylko przyjaciółmi, nie? Ale to i tak całkiem słodkie, że się przejmujesz.
To była najgłupsza, najbardziej niezręczna rzecz, jaką wyrzucił z siebie w ciągu ostatnich... Piętnastu minut? W każdym razie zabrzmiało to, jakby grali w jakiejś niskobudżetowej komedii romantycznej dla nastolatek, o parze przyjaciół, z których jeden jest uwięziony we friendzone. Przez myśl przeszło mu nawet, że zdecydowanie wolałby, by był to film porno, a nie kiepska komedyjka, przez co cała jego twarz zaszła rumieńcem tak intensywnym, że aż zaczęły go piec policzki.
Zupełnie nie rozumiał, jakim cudem Ean mógł w tamtej chwili myśleć o jedzeniu; może po prostu tylko on w tamtej chwil przeżywał głęboki rozpierdol uczuciowy? Znów poczuł, że skręca go w żołądku i do bynajmniej nie z głodu, choć zdecydowanie wolałby, żeby tak było. To było uczucie podobne do żalu, które z drugiej strony kompletnie nie miało prawa bytu. Postanowił wręcz udawać, że nic takiego nie ma miejsca, wszystko jest w porządku, choć w duchu naprawdę czuł się z tym zadziwiająco źle.
– To to tak ładnie pachniało już na wejściu? – spytał, starając się brzmieć możliwie najbardziej neutralnie. – Jeśli smakuje tak jak pachnie, to grzechem byłoby odmówić – stwierdził.
Leo
OdpowiedzUsuń[Pewnie, że powinnaś, naślę na Ciebie pokemony. XD Ale spoko, o reniferach zawsze będę pamiętać, masz to jak w banku.]
Był zdziwiony, że Ean nie odpowiedział mu na pytanie; nie przypominał sobie, żeby wcześniej taka sytuacja miała miejsce, ale po chwili zastanowienia postanowił to kompletnie zignorować. Może nie usłyszał, może uznał, że odpowiedź jest tak oczywista, że nie ma co się nad tym rozwodzić... Z jakiegoś powodu ta druga myśl strasznie go zabolała. Tak nie powinno być, jeśli byli tylko przyjaciółmi, co powoli, zdecydowanie zbyt powoli, zaczynał sobie uświadamiać. Właściwie to jedynie coś mu dzwoniło, ale nie wiedział, w którym kościele i czuł się przez to zupełnie skończoną sierotą; w tym wieku nie powinien być tak nieporadny emocjonalnie. Czasem naprawdę zastanawiał się, co mu po inteligencji czy zaradności życiowej, skoro był nieporadny jak dziecko, gdy w grę wchodziły kontakty interpersonalne?
– Pewnie, że wspominałeś. Streściłeś mi całe swoje drzewo genealogiczne – zaśmiał się cicho. Doskonale pamiętał tamtą noc i właściwie wszystko, co powiedział mu wówczas Ean. Słuchanie i zapamiętywanie cudzych historii i zwierzeń nie było jego ulubionym zajęciem, przynajmniej kiedy sam o owe opowieści nie prosił, ale niestety miał do tego przykry, poparty sporą praktyką talent. Tym lepiej udało mu się zarejestrować to, co mówił chłopak, bo ta rozmowa była przyjemna. Dobrze słuchało mu się opowieści Blythe'a, chyba nawet lepiej niż tych, którymi jeszcze kilka miesięcy temu raczył go Victor.
Siadł przy stole, naprzeciw chłopaka, opierając się wygodnie o krzesło. Wziął głęboki wdech, jeszcze przez chwilę rozkoszując się wspaniałym zapachem lasagne. – To prawie jak pierwsza randka – stwierdził, uśmiechając się półgębkiem. Atmosfera zdawała się wreszcie rozluźniać, sam czuł się już nieco spokojniejszy. Nieco łatwiej było mu się skupić... Może teraz coś wyłapie i do czegoś dojdzie? – Nie powiem ci, że nie musiałeś, bo to by było strasznie głupie. Ale wiesz, to też jest całkiem słodkie – stwierdził. Właściwie nie przypominał sobie, by kiedyś ktoś zrobił coś takiego. Może poza jego babcią, która, kiedy od czasu do czasu mieli ją odwiedzić, zaczynała gotować tydzień wcześniej. Ale to przecież było coś zupełnie innego, znacznie bardziej niezwykłego.
– Wiesz, ten plan był zwyczajnie strasznie głupi... Ja też nie spodziewałem się, że coś takiego mogło mieć jakiekolwiek szanse powodzenia. Tak z perspektywy czasu – stwierdził, przeczesując palcami włosy. – Pomyśleć, że na początku ten plan wydawał się nam tak cholernie genialny – zaraz ponownie się zaśmiał. Nabrał na widelec odrobinę lasagne i w końcu go spróbował. Było naprawdę dobre i automatycznie ponownie przywołało jego apetyt. – Wiesz, jeśli jakimś cudem nie wyjdzie ci z malarstwem, powinieneś zająć się gotowaniem, jest naprawdę pyszna – stwierdził.
Leo
[Pamiętaj, nie znasz dnia ani godziny! XD]
OdpowiedzUsuń– Jesteśmy żywym dowodem na to, że przysłowie "Jeśli coś jest głupie a działa, to znaczy, że wcale nie jest głupie", jest zwyczajnie nieprawdziwe. To było tak cholernie idiotyczne i w dodatku szczeniackie, a jednak po prostu zadziałało – stwierdził. Wciąż nie rozumiał, jakim cudem. I dlaczego akurat teraz? Im dłużej o tym myślał, tym bardziej to wszystko robiło się podejrzanie nieprzyjemne.
– Mikael bardzo rzadko się myli. To trochę straszne, ale tak jest – stwierdził, uśmiechając się nieco blado. – Znaczy wiesz, nie chciałem, żebyś mnie źle zrozumiał. Byłeś najlepszym facetem, jakiego kiedykolwiek przyprowadził. W sumie większość z nich to byli palanci, miał pecha na tej płaszczyźnie. Zdziwiło mnie, że się rozstaliście – stwierdził, nerwowo zaciskają dłonie na materiale swoich spodni. Miał wrażenie, że palnął Tyle głupot na raz, że zaraz zapadnie się pod ziemię. – Przykro mi, że wam się nie udało... Ale cieszę się, że mogłem ci pomóc się jakoś pozbierać – dodał. – Znajdziesz faceta, który nie będzie takim frajerem jak mój brat, zobaczysz.
Zdziwił się, naprawdę się zdziwił, kiedy Ean powiedział, że Victor jest szczęściarzem... To zdecydowanie nie brzmiało po przyjacielsku i nawet Leo, który do tej pory nawet nie myślał o takiej opcji, złapał jakiś trop. Może to nie była tylko przyjaźń? Może... On czuł to samo? Cały spokój, który zdążył osiągnąć od chwili, w której siedli do stołu, wyparował w jednej sekundzie.
Wstał z krzesła i przeszedł na drugą stronę stołu. Siadł na krześle tuż obok Eana, bokiem do stolika i położył dłoń na ramieniu przyjaciela. Zupełnie nie wiedział, jak zabrać się do, właściwie ponownego, zapytania Blythe'a o jego faktyczne uczucia.
– Ean, takich rzeczy nie mówi się przyjaciołom – stwierdził, przesuwając palcami wzdłuż jego ramienia. Pochylił się nieco nad nim, niepewnie łapiąc go za dłoń. – Powiedz mi o co w tym wszystkim chodzi, proszę – wyszeptał mu do ucha. Był prawie że zdesperowany, nie mógł dłużej znieść tego chaosu we własnej głowie. – Ean, proszę... – powtórzył, przyglądając się uważnie jego twarzy.
Wcześniej tego nie zauważył (A może i zauważył, ale wcześniej po prostu odrzucił to, nie zwrócił na to uwagi albo po prostu wyparł to z własnego umysłu?) ale w tamtej chwili Ean wydał mu się naprawdę piękny. Oczywiście zawsze uważał chłopaka za przystojnego, ale chyba nigdy wcześniej nie dostrzegł tego, co w tamtej chwili. Wcześniej nie poczuł czegoś takiego nawet przy Victorze, którego przecież tak mocno kochał. Czuł ogromną chęć, ba, potrzebę, by pocałować Eana, tym razem tak naprawdę i musiał bardzo mocno się powstrzymywać.
Leo
[Ja na twoim miejscu zwiewałabym z tej planety. XD]
OdpowiedzUsuń– Jasne, że wiem... Po prostu, od kiedy cię przedstawił, miałem nadzieję, że wam się uda. Wiem, że mu na tobie zależało – stwierdził. Tego akurat był pewien, bo Mikael sam mu to powiedział. Sam pewnie nigdy by się tego nie domyślił.
Gdy chłopak zacisnął palce na jego dłoni, odruchowo się uśmiechnął. Zaczął gładzić kciukiem jego dłoń, nawet na sekundę nie spuszczając wzroku z twarzy Eana. Od chwili, w której doznał tego dziwnego oświecenia, zobaczył, jak piękny tak naprawdę jest chłopak, zdawało mu się, że po prostu widzi nieco więcej, jest w stanie rozpoznać przynajmniej część targających Blythem emocji.
– Hej, spokojnie. Jeśli nie chcesz to nie mów – wyszeptał, choć wcale nie było mu to na rękę. Ale przecież nie mógł tego na nim wymusić, nawet, jeśli bardzo by chciał. A, do cholery, chciał. Postanowił jednak na niego nie naciskać.
Czekał na jakąś reakcję chłopaka, ale tego, co zrobił, w ogóle się nie spodziewał. Z początku, kiedy poczuł jego usta na swoich, dosłownie go sparaliżowało, zaparło mu dech w piersiach. Nie był w stanie nic zrobić ani go odepchnąć, ani oddać jego pocałunku. W końcu jednak przemógł się, zmusił swoje ciało do reakcji. Oddał jego pocałunek dokładnie w chwili, w której ten zaczął go pogłębiać. Wolną dłoń przesunął na biodro Eana, przesuwając się w jego stronę. To było coś cholernie niesamowitego. Poczuł ciepło gdzieś w miejscu, w którym powinien mieć serce, to było bardzo przyjemne uczucie, którego nie doświadczył nigdy wcześniej, a jednak wydało mu się całkiem oczywiste, znajome.
Tym większe było jego poczucie zawodu, gdy Ean oderwał się od niego. Z trudem powstrzymał jęk czy westchnienie. Nie poruszył się jednak, praktycznie do chwili, w której Blythe się nie odezwał, nie wyjaśnił mu i sam się nie odsunął. W pierwszej chwili jedynie się wyprostował, po tym spojrzał na jego twarz i wyciągnął dłoń, by przeczesać palcami jego włosy. Uśmiechnął się lekko, ale szczerze, co nie zdarzyło mu się od dawna. W końcu powoli zaczynał rozumieć swoje własne uczucia, wszystko klarowało się w obraz zupełnie inny, niż się spodziewał. Ale nie mógł zaprzeczyć, że mu się podobał.
– Gdybym kochał twojego brata, po prostu bym do niego wrócił wczoraj, kiedy przyszedł. Miesiąc temu zrobiłbym to bez wahania a teraz? Właśnie to zrozumiałem, wiesz? – spytał. Powoli, ostrożnym ruchem, objął go ramionami. Pogłaskał go po plecach, potem po ramieniu, szyi i wreszcie po twarzy. – Jesteś dla mnie bardzo ważny – wyznał w końcu. Widać on również chciał nie tego brata, którego powinien.
Leo
[Mars to kiepskie miejsce do życia. XD]
OdpowiedzUsuń– Coś mi mówi, że doskonale sobie zdaję, wiesz? – spytał, obejmując go mocniej. Był pewien, że Eanowi zależy nie mniej niż jemu, a to wróżyło naprawdę, naprawdę dobrze. I nie miał powodów, by nie wierzyć w jego wyznanie.
– Grunt, że się stało... I że zebrałeś się i mi powiedziałeś – stwierdził, poprawiając kolejny raz jego włosy. – Gdybyś tego nie zrobił, ja bym się w życiu nie odważył... Ba, chyba w ogóle bym nie zrozumiał, co do ciebie czuję, gdybyś mi tego nie powiedział, Słońce – stwierdził, głaszcząc go po policzku. Mógł go dotykać godzinami, trzymać go w ramionach resztę życia.
Serce zabiło mu mocniej, kiedy Ean znów go pocałował. Położył dłonie na jego ramionach, tym razem po prostu, bez zastanowienia, oddając jego pocałunek. To przyszło naturalnie, jak, z jakiegoś powodu, wszystko w związku z Blythem. I to było coś wspaniałego.
Był wściekły, naprawdę wściekły. Victor przeszkodził im w takim kluczowym momencie, kiedy wszystko zaczynało być między nimi dobrze, tak, jak powinno, może już dawno? Może od początku powinni zacząć spotykać się na serio? Nie miał już siły się nad tym zastanawiać, grunt, że teraz wszystko było na swoim miejscu. No, wszystko oprócz Victora, który wrócił do domu w najmniej odpowiednim momencie i przeszkodził im w tej cudownej chwili. Kiedy jeszcze byli razem, Leo czasem się na niego wkurzał, ale nigdy tak cholernie jak w tej chwili. Pewnie nie powinien się złościć, w końcu chłopak miał prawo wrócić do własnego domu... Ale cholera, dlaczego akurat teraz! Nim jego były chłopak pojawił się w jadalni, pogłaskał Eana po twarzy i uśmiechnął się do niego ciepło.
Tym bardziej rozdrażnił go sposób w jaki Vic zwracał się do własnego brata. On też nie raz i nie dwa kłócił się z rodzeństwem, miał gorsze dni, szczególnie z siostrą, ale nigdy w życiu nie pomyślałby o tym, by tak się zachować. Wcześniej nie widział tego, nie był świadkiem żadnej ostrzejszej wymiany zdań pomiędzy Eanem a Victorem. No i był zaślepiony starszym z braci; dopiero teraz zauważył, jak okropny potrafi być jego były. Po tym, jak traktował jego, w życiu nie spodziewałby się po nim czegoś takiego.
– Tak, wszystko załatwiłem z Eanem i wszystko sobie wyjaśniliśmy – stwierdził, spoglądając na Victora z bladym uśmiechem. Rozejrzał się dookoła i spojrzał na swojego byłego by mieć pewność, że ten zobaczy, jak w kolejnej chwili złapał młodszego z braci za rękę, mocno zaciskając na niej palce. – Nie wrócę do ciebie, Vic. Zostanę z twoim bratem – oświadczył spokojnie. Był z siebie całkiem dumny, nie sądził, że był w stanie zakomunikować to tak po prostu, pewnie i bez zawahania. – A swoją drogą, twój brat naprawdę genialnie radzi sobie w kuchni, raczej nie było szans, by otruł kogokolwiek – dodał.
Ean
[Milczę już. ;-;
OdpowiedzUsuńBtw, dlaczego ostatnio podpisałam się imieniem Twojej postaci? Jestem durna. XD]
– Nigdy w życiu nie byłem bardziej poważny, Vic. I nic nie chcę ciągnąć, chcę po prostu być z twoim bratem. To nie jest trudne do zrozumienia – stwierdził spokojnie. – Więc to jest sprawa Eana.
Leo był z natury oazą spokoju. Nie denerwował się, wdał się w bójkę tylko raz w życiu, kiedy jakiś podpity kretyn podwalał się do jego siostry, której ewidentnie się to nie podobało. Brak mu było instynktu mordercy, ale im dłużej słuchał, jak Victor obraża jego chłopaka (cholera, jak cudowne w tamtej chwili wydawało się Leo to określenie), tym większą miał ochotę mu zwyczajnie przypieprzyć. Facetowi, za którego jeszcze parę tygodni temu dałby się pokroić! To, co Ean zdążył z nim zrobić w tak krótkim czasie, było wręcz nieprawdopodobne. A jeszcze bardziej się wściekł, kiedy Victor wspomniał o Mikaelu. Po pierwsze, w mniemaniu Leo zabrzmiało to zwyczajnie obraźliwie, po drugie... Martwił się. O młodszego z braci, bał się, że wspomnienie o nim w jakiś sposób go zaboli, szczególnie w takim kontekście.
– Dawno nikt ci nie dał w twarz, co? – spytał, spoglądając na niego tak wściekłym wzrokiem, na jaki tylko było go stać. To kompletnie nie było w stylu Leo i Victor z pewnością o tym wiedział, w końcu dość długo byli razem. Ta bliskość była dla niego krępująca, mimo że jeszcze niedawno tak niezwykle bliski dystans między nim a Victorem nie przeszkadzał mu ani trochę. Teraz czuł się z nią po prostu źle, tak, jakby jego przestrzeń osobistą naruszył zupełnie obcy człowiek, czego zresztą szczerze nie znosił. – Jedziesz po moim bracie i po kimś, kto jest dla mnie cholernie ważny, a potem po prostu namawiasz, żebym do ciebie wrócił... Naprawdę, Vic, ile ty masz lat? – spytał.
Z całych sił zacisnął palce na dłoni Eana, głaszcząc go uspokajająco po jej wierzchu i przesunął się w jego stronę, tym samym odczuwając się od Victora. Odwrócił się w stronę młodszego z braci i uśmiechnął się do niego. Starał się nieco uspokoić, pomyśleć trzeźwo i zrobić coś, żeby z całej tej sytuacji nie rozpętała się wielka awantura. Albo przynajmniej żeby powstrzymać się przed przyłożeniem Victorowi.
– Victor, twój brat to najwspanialszy facet jakiego poznałem. Naprawdę powinieneś go w końcu docenić i przestać zachowywać się jak cholerny gówniarz – oświadczył, wypuszczając z objęć dłoń Eana.
Wiedział, że swoim gadaniem nie załagodzi konfliktu między braćmi, ale chciał go choć trochę przystopować. Szczerze nie miał ochoty brać udziału w ich przepychankach, choć od początku był przygotowany na taką ewentualność. Mimo wszystko wolał, by tym razem obeszło się bez rozlewu krwi.
[Wiesz, chyba po prostu myślałam o czymś dziwnym, kiedy się podpisywałam. O czymś w stylu "sprawdź 43843243284732 razy czy dobrze napisałaś imię w odpisie. XD]
OdpowiedzUsuńLeo nie zamierzał nigdzie uciekać, chciał zostać w tym miejscu, w którym znajdował się teraz. Szczęśliwy, z osobą, która była dla niego tak cholernie ważna. Nie wyobrażał sobie nawet, by po tej deklaracji mógł tak po prostu odejść od chłopaka, zranić go i zostawić. Pomijając jego uczucia do Blythe'a, to zwyczajnie nie było w jego stylu, nie byłby w stanie tak kogokolwiek skrzywdzić.
– Chcę być z twoim bratem, bo go kocham. Gdybyś wrócił od razu, po miesiącu... Tak, kochałem cię, ale to minęło. Nie wiem, co wczoraj widziałeś w moich oczach, ale nie miłość – mruknął, zagryzając dolną wargę. Cóż, to zdecydowanie nie był najlepszy sposób na wyznanie komuś miłości, a śmieszności sytuacji dodawał fakt, że to, co powiedział, brzmiało jak z taniego melodramatu. Problem w tym, że zazwyczaj niezwykle ostrożny (a mimo to koszmarnie nieporadny) Leo Hautamäki dał się po prostu ponieść emocjom. To było dziwne uczucie, ale czuł, że to było słuszne. Musiał bronić swojego uroczego chłopca. Nawet, jeśli wiązało się to ze skłóceniem się ze swoim byłym chłopakiem, za którym jeszcze do niedawna szalał jak głupi. Problem w tym, że teraz się na nim zawiódł i był pewien, że jego uczucie wygasło. Nie próbował nawet w myślach bronić i usprawiedliwiać Vica, tylko się na niego wściekał.
Nie słyszał dokładnie co mówił Ean i czuł, że nie chce słyszeć, urywki rozmowy wpuszczał jednym uchem i wypuszczał drugim, nawet nie rejestrując ich dokładnie. Dopóki miał Eana, mógł na niego liczyć, nie obchodziły go występki Vica.
Otrzeźwił się dopiero, gdy zobaczył pięść byłego wbijającą się w twarz tego obecnego. Nie zdążył się zerwać przed drugim ciosem, zaraz potem jednak dopadł do Victora. Złapał go za ramiona, zacisnął na nich palce, dosłownie wbijając mu mu paznokcie w skórę. – Co ty kurwa zrobiłeś, kompletnie cię popieprzyło? Jak mogłeś potraktować tak własnego brata?! – krzyknął. Zdarzyło mu się to chyba pierwszy raz w życiu. Musiał powstrzymywać się przed przyłożeniem mu z całych sił. Zaraz jednak się opamiętał; rozluźnił palce i, odepchnąwszy go lekko, rzucił się do swojego chłopca. Uklęknął przy nim na jedno kolano, przeczesał palcami jego włosy i pogładził go po policzku.
– Hej, wszystko w porządku, Ean? – spytał, spoglądając na jego twarz. Sam miał już krew na palcach, normalnie pewnie by spanikował z powodu powstałego bałaganu, ale teraz miał zupełnie inne priorytety. – To nie wygląda dobrze – stwierdził, wyjmując z kieszeni chusteczkę. Próbował choć częściowo zetrzeć krew z jego buzi, przynajmniej częściowo doprowadzić go do porządku. Zupełnie nie wiedział, jak ma się zachować, nie znał się na pierwszej pomocy, nie wiedział co z nim zrobić. – Możesz wstać?
[Nigdy więcej nie będę się tłumaczyć. D: Będę miała traumę.
OdpowiedzUsuńJest bardzo dobrze. Na pewno lepiej, niż z moim. :D]
Nie spodziewał się tego pytania, choć, zważywszy na to, że jego wyznanie miało taki a nie inny charakter, było ono całkiem logiczne, wręcz do przewidzenia. – Jasne, że cię kocham. Inaczej bym tak nie powiedział – odpowiedział, bez chwili wahania. Naprawdę to czuł, miłe ciepło rozchodzące się w miejscu, gdzie znajdowało się jego serce.
Pochylił się nad Eanem i pocałował go w czoło. Miał nadzieję, że nic poważnego mu się nie stało, przynajmniej do chwili, w której nie zorientował się, że chłopak faktycznie ma rozcięty tył głowy. Miał nadzieję, że przynajmniej nie wyjedzie z tego żadne wstrząśnienie mózgu, skończy się tylko na rozciętej skórze i odrobinie krwi i paniki, a potem będzie dobrze. Pomógł chłopakowi wstać z podłogi, podtrzymując go przy tym z całych sił. Czuł, że jego chód jest niepewny, nie mógł pozwolić mu na upadek. Starczyło już tyle krzywdy, ile Eanowi wyrządził Victor.
– Zawiozę cię do szpitala, kochanie. Wszystko będzie dobrze, Ean – obiecał, gładząc go po włosach wolną ręką. Chyba pierwszy raz w życiu nie przeszkadzało mu, że będzie miał brudne ręce. I to w dodatku od krwi. W normalnych warunkach od całego przeżytego stresu chyba wysiadłoby mu serce... A skoro on tak reagował, to nie chciał sobie nawet wyobrażać, co w tej chwili przeżywa jego ukochany. Nie był pewien co zadziałało, miłość, adrenalina czy inny bliżej niezidentyfikowany czynnik, który pozwalał mu się skupić na pomocy swojemu kochanemu chłopcu. – Cóż, z pewnością wszystko będzie lepsze niż spędzanie czasu w tym towarzystwie – dodał, sugestywnie spoglądając na Victora. I o to chodziło. Zachować spokój, nie dać się sprowokować i wyjść, nie było lepszego rozwiązania.
Nie zamierzał już w żaden sposób reagować na zaczepki starszego z braci, tym bardziej odpowiadać mu na cokolwiek. Poprowadził Eana do przedpokoju, dalej na korytarz i nacisnął przycisk, by zawołać windę.
– Przykro mi, że tak się to potoczyło, Ean. Nie chciałem być powodem twojej kłótni z bratem, kochanie – wyszeptał mu do ucha i znów pocałował go w skroń. Delikatnie pogładził go po ramieniu i uśmiechnął się. – Pozwolisz, że zaplanuję ci dzień, a raczej wieczór, Słońce? – spytał, spoglądając z ukosa na chłopaka. Cholera, nawet tak zakrwawiony wydawał mu się cholernie piękny. Tak, teraz miał stuprocentową pewność, że wybrał dobrze. I że wreszcie będzie szczęśliwy. Obaj będą, najszczęśliwsi na świecie. – Pojedziemy, załatwimy ci opatrunek i jedziemy do mnie. Nie pozwolę ci tu wrócić, kochany, na pewno nie dziś – stwierdził, obejmując go mocniej. W końcu przyjechała winda, do której szybko wprowadził chłopaka. Chciał jak najszybciej znaleźć się w samochodzie.
[Za późno! XD
OdpowiedzUsuńDziękuję. ♥
Jest świetny, nie widać, ze na szybko. Ktoś Cię biedną na ten koncert ciągnie?]
– Wiem, Ean, ale mimo wszystko jest mi przykro, że tak to się potoczyło – wyjaśnił, uśmiechając się do niego blado.
Zaśmiał się, słysząc jego propozycję Tak, to z pewnością był świetny pomysł. – Pewnie, że chcę być twoją osobistą pielęgniarką. Tylko nie każ mi robić zastrzyków – poprosił, delikatnie targając jego włosy. – Rozumiem, że mówiąc o specjalnym wdzianku, masz na myśli kaftan bezpieczeństwa? – spytał. – Przechowam cię tu tak długo, jak będziesz chciał i tego potrzebował – obiecał. Czuł się mimo wszystko odpowiedzialny i nie zamierzał więcej nikomu dać skrzywdzić swojego chłopca.
W trakcie przejazdu do szpitala prawdopodobnie złamał wszystkie możliwe przepisy ruchu drogowego, ale hej, przecież tu chodziło o Eana. I o to, żeby jak najszybciej znaleźć się w gabinecie lekarskim, bał się, że jakiekolwiek opóźnienie może tylko zaszkodzić chłopakowi.
Był zmartwiony tym, że lekarz nie pozwolił mu wejść z Eanem, choć tego właśnie się spodziewał. W międzyczasie poszedł samemu się umyć, nieco ogarnąć, żeby nie straszyć innych ludzi w poczekalni. Dopiero wtedy zorientował się, ile właściwie poleciało krwi, jak ta cała sytuacja była brutalna. Ledwo zdążył wrócić do poczekalni, kiedy zawołała go pielęgniarka. Szybko poleciał do gabinetu, w którym był opatrywany Ean. Miał wrażenie, że to zły znak, ale kiedy usłyszał z ust lekarza, że właściwie wszystko jest w porządku, dosłownie kamień spadł mu z serca. Wszedł powoli do gabinetu, opierając się o drzwi. – Spokojnie, zajmę się nim – obiecał, kiwając z głową w kierunku doktora.
Objął chłopaka i pocałował go w czoło. Nie obchodziło go nawet, że to miejsce publiczne i mogli kogoś zniesmaczyć albo coś. Cieszył się, że Eanowi nic nie jest i nie bardzo umiał powstrzymać się przed okazaniem tego. – Ładnie wyglądasz, Słońce – stwierdził, kolejny raz, tym razem bardziej ostrożnie, poprawiając jego włosy. – Trochę jak dziecko wojny i rozpaczy, ale wciąż ładnie – zaśmiał się cicho.
Poprowadził Eana z powrotem do samochodu, na wszelki wypadek wciąż mocno podtrzymując go ramieniem. Pomógł mu wsiąść do środka, a następnie sam siadł za kierownicą. Chciał jak najszybciej wrócić do domu, przytulić swojego chłopca i wreszcie zaznać z nim trochę spokoju, bez żadnych braci, bójek i awantur. Teraz jednak jechał spokojnie, powoli, zgodnie z przepisami. Teraz był już spokojny o Blythe'a, nie umierał już na zawał na samą myśl o tym, że jego ukochanemu coś może się stać. Nie odzywał się słowem przez całą drogę, uśmiechając się pod nosem.
Kiedy w końcu dojechali na miejsce, szybko zaprowadził Eana do swojego pokoju. Co prawda, z tego co wiedział, w domu nie powinni zastać nikogo, ale i tak nie chciał się na nikogo natknąć. Nie miał ochoty rozmawiać z nikim, prócz swojego chłopca. – Jak się czujesz, Słońce? – spytał, zamykając za nimi drzwi.
[hasztagDramaQueen. XD
OdpowiedzUsuńI jak Ci się podobało łapanie pokemonów, dopadła cię już ta zaraza? :D I kto to jest Zenek Martyniuk? D:]
– To dobrze. Bałbym się go zrobić – stwierdził. Cóż, przynajmniej bałby się go zrobić Eanowi. Jego akurat nie chciałby przypadkiem zabić. – Kaftan bezpieczeństwa będzie bardziej perwersyjny. Wyobrażasz sobie, jakie to będzie seksowne? Będzie super – stwierdził. Cóż, ten pomysł chyba powoli zaczynał mu się podobać całkiem na poważnie. Oczywiście nie sądził, by mieli coś takiego zrealizować, ale fantazjować nikt mu nie bronił, nie?
Naprawdę cieszył się, że jego chłopcu nic nie jest. Nigdy nie wybaczyłby sobie (o Victorze nawet nie myślał; jemu nie wybaczy nawet tego, co faktycznie zrobił), gdyby Blythe'owi coś się stało, a on tak by do tego dopuścił. Wyrzuty sumienia dosłownie by go zagryzły.
– Nie wyglądasz okropnie, naprawdę. Podobasz mi się w każdym wydaniu, nawet w takim. Całkiem do twarzy ci w tych kolorkach – stwierdził. Pewnie nie był to najbardziej wyszukany komplement, jaki mógł wymyślić... Cóż, przynajmniej jaki ktoś mógł wymyślić. Dla Leo był to niestety szczyt romantyzmu.
Nie chodziło nawet o to, że po drodze mogliby spotkać Mikaela. Jakoś nie obawiał się jego reakcji na... nic właściwie i miał szczerą nadzieję, że z Eanem jest podobnie. Nie obawiał się też, że jego ukochany, gdy tylko zobaczy jego brata, rozmyśli się na temat ich relacji. Chciał po prostu wreszcie zająć się porządnie chłopakiem. Tak, żeby nikt im nie przeszkadzał. Nacieszyć się jego bliskością, przekonać do końca samego siebie o tym, że Blythe naprawdę go kocha i, mimo wszystko, spędzić możliwie najmilszy wieczór.
Zachowanie Eana nieco rozczuliło Leo, który z całych sił objął chłopaka i, już odruchowo, zaczął bawić się jego włosami. – Jak chcesz, to dam ci coś przeciwbólowego – stwierdził, nawijając sobie kosmyk jego włosów na palec. Pocałował go gdzieś w okolice czoła i uśmiechnął się do siebie.
Zaraz siadł obok Blythe'a, na brzegu łóżka i, ciągnąc go za sobą, delikatnie położył się. Starał się być możliwie najdelikatniejszy, żeby przypadkiem bardziej nie uszkodzić jeszcze bardziej swojego ukochanego. Starczyło mu bólu na dziś. – Na pewno możesz zostać, nikomu nie będziesz przeszkadzać i nikt nie będzie miał żadnego problemu z twoją obecnością tutaj A jak będzie, to nie będziemy się tym przejmować – mruknął. Gdyby miało być inaczej, w ogóle by go nie zapraszał. Starczyło stresów jak na jeden dzień. – Cieszę się, że tu jesteś, wiesz? Za długo zajęło nam dochodzenie do tego, że powinniśmy być razem – szepnął mu do ucha. Gładził go po policzku i po nosie, jedynie czubkiem palca wskazującego. Zamknął oczy i uśmiechnął się pod nosem. Był strasznie, strasznie szczęśliwy w tamtej chwili, tak po prostu, szczęśliwy jak nie był od dawna.