wtorek, 19 lipca 2016

I only want to live in peace and plant potatoes and dream

Było to przeciwne moim zasadom, ale czułem się tak przygnębiony, że wcale się nie zastanawiałem. To właśnie najgorsze. Kiedy człowiek jest bardzo przygnębiony, nie może się nawet zastanowić.

Jolene Frances Caulfield
prawo - rzecznik praw studenta - SIGMA KAPPA - 20 lat


Jolene? Jak z piosenki Dolly Parton? Przeczący ruch głowy. Caulfield? Czy nie tak nazywał się ten sympatyczny wariatuńcio z Buszującego w zbożu? Mimowolna podróż gałki ocznej dookoła czaszki. Przez większość życia zastanawiała się nad motywami matki, które kierowały nią przy wyborze imienia dla swej jedynej córki, ale każda próba kończyła się fiaskiem. Jolene Caulfield... to nigdy nie brzmiało dostatecznie autentycznie. Czując się w połowie jak wytwór czyjejś wyobraźni, Jolly zasugerowała się tym przedziwnym wrażeniem i opanowała sztukę autokreacji do perfekcji, czyniąc z siebie główną postać w każdym przedstawieniu życia codziennego. 

Studentka prawa, której czymś oczywistym wydaje się pójście utartymi, rodzinnymi śladami. Przede wszystkim chce zaimponować tatusiowi, który jest najważniejszym mężczyzną jej życia (ex aequo z bratem) i fakt, że pozostawił matkę Jolene z dwójką małych dzieci (pani Caulfield miała w sobie śladowe ilości człowieczeństwa), nie rzucił się na ich relację cieniem. Jolly z dumą piastuje stanowisko rzecznika praw studenckich, wdając się z lubością w utarczki słowne i nie czyni tego, bo taka już jej natura społecznika... wręcz przeciwnie. Może chce komuś coś udowodnić, może pragnie wzbogacić swoje CV, może podoba jej się ktoś z personelu collegu? Z nią nigdy nie wiadomo.

O dziwo, jest miła. Cierpi na swoistą nerwicę natręctw, która nakazuje jej każdego dnia stawać się lepszym człowiekiem. Czy jej się udaje? Zachęcającym, ciepłym uśmiechem nadrabia brak zaufania i unika mówienia o sobie. Nikt nie wie dlaczego wylądowała właśnie tutaj, bo przecież na testach osiągnęła wyniki otwierające jej drogę do szkół Ligi Bluszczowej. Czasami uśmiecha się sama do siebie i wtedy w oczach Jolene widać, że nie żałuje tego wszystkiego. Nie znosi, gdy jej dłonie pachną pomarańczami, a dzieje się tak bardzo często, bo jest to ulubiony owoc Caulfield. 

Zagorzale walczy o to, aby kobiety na pierwszym miejscu zawsze stawiały siebie i swoje dobro. Została wychowana przez matkę w takim właśnie duchu. Skarbie, żaden facet nie będzie na tyle słodki, przystojny, dobry w łóżku, abyś musiała cokolwiek dla niego poświęcać. Za każdym razem zadaj sobie pytanie czy on zrobiłby to dla Ciebie. Będziesz mądrzejsza.


Dawno mnie nie było na blogach. Proszę o cierpliwość. 
Cytat nad zdjęciem to J.D. Salinger - Buszujący w zbożu. 
Mam do oddania kogoś, więcej info: science.is.eerie@gmail.com

20 komentarzy:

  1. [Dziękuję bardzo i również witam! :)
    Cóż, w zasadzie to do zdjęcia dopasowałam charakter Denise, bo miała wyjść nieco inna. W każdym razie, wydaje mi się, że moja panna dogadałaby się z twoją, więc może coś wymyślimy? Zanim Denise wyprowadziła się od rodziców, mogły być sąsiadkami i Jenkins mogła, w przeciwieństwie do matki Jolene, zachęcać dziewczynę do umawiania się z chłopcami, mogła nawet pomagać jej się ubierać i malować :)]

    Denise

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej! Hej! Nie wiem dlaczego, ale zdjęcie idealnie zgrało mi się z jej imieniem – takie, jakieś dziwne odczucia. Ale mniejsza, nie o tym przyszłam gadać. Z tymi kobietami i ich "pierwszym miejscem" to taki feminizm? :P Podoba mi się jej podejście. I te pomarańcze. <3 Nie wiem jak Jeff mógłby się do niej odnosić, ale może jakaś wizja się pojawi. ;)]
    Jeffrey

    OdpowiedzUsuń
  3. [jolene w wykonaniu jacka white'a to jest to! przyznam się, że lubię kita chyba za to, że tak bardzo przypomina mojego brata xd na razie nie mam nic konkretnego w głowie, więc nie ciskam glupotami tylko poczekam na coś konkretnego ;)]

    cade

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cóż, może źle to ujęłam z tym feminizmem. Ogólnie miał to być żarcik z mojej strony, ale cóż. Tak, czy inaczej racja – nikt nie robi sobie lepiej antyreklamy niż feministki, znaczy się te dziwne panie uważające się za feministki, a będące feminazi XD
    O-rzesz-ku! Przerażający? Jejku, nie chciałam. Dlaczego? Ale cieszę się, że chociaż to auto, jakoś jakoś :P]
    Jeffrey

    OdpowiedzUsuń
  5. [I właśnie grupka osób psuje wizję całej grupy, a przecież feminizm nie był nigdy niczym złym...
    Pastor to nie ksiądz i może trochę więcej ogólnie, ale racja on całkowicie przegina i bliżej by do rockendrolowca niż kogoś z Bogiem powiązanego, ale wiesz... tacy dziwacy przy bliższym poznaniu zyskują (albo i tracą!)]
    Jeffrey

    OdpowiedzUsuń
  6. [ CZEŚĆ, CZY ON JEST PRZYSTOJNY? ]

    Ellery

    OdpowiedzUsuń
  7. [ TO WĄTEK POPROSZĘ.

    Ale nie można tak, bo ja już wymyślam pełne rozpaczy monologi wewnętrzne, cały ten myśli szum, ten gwar, te weltszmerce! ]

    Ellery

    OdpowiedzUsuń
  8. [ NIE WIEM. Ale... co właściwie robimy? Wątek? No, to wypadałoby go jakoś zacząć, a potem to już samo pójdzie. Możesz się zastanowić. ;D Właściwie to dawno nikt na moje postacie nie krzyczał, a w gruncie rzeczy lubię to, jest zabawnie, więc Jolene może na niego na dzień dobry nakrzyczeć, o ile zwykła (czasem) krzyczeć.

    Trochę brzmi, jakbyśmy miały pisać dramat – w znaczeniu rodzaju i gatunku literackiego... Szkoda, że nie są Anglikami, wtedy lepiej by im spleeny wychodziły. ]

    E.

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Czy ona jest kotem? Albo żółwiem? Niezależnie od jej gatunkowej przynależności, może pokrzyczeć na Ellery'ego. Który, owszem, mógłby się nie odzywać do niej kilka dni, ale raczej w znaczeniu – nie szukać kontaktu, nie inicjować go, nie pisać na fejsbusiu (czy za odczytanie wiadomości i nieodpisanie na nią się ginie?) itd., a nie że odwróciłby głowę na jej widok i udawał, że nie zauważył. Aż takim dzieciuchem nie jest. ;D Chyba!

    Dramaty? Ale dramatydramaty, Różewicz jest śliczny etc., czy takie blogowo-grupowcowe? W każdym razie, będzie śmiesznie, jeśli Jolene będzie bardziej weltszmercować niż Ellery! ]

    E.

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Lisy syczą? Lisy szczekają i są z psowatych, syczenie jakoś do nich nie pasuje... Niech Jolene szczeka.
    Był pewnie zajęty tym fragmentem swojego życia, który jest niezwiązany z Jolene. Ma taki, SKANDAL, jak tak można.

    Spoko, jutro już za jakieś dwadzieścia pięć minut, poczekam, a zacząć nie mogę, skoro to twoja postać ma przerwać milczenie krzykiem. ]

    E.

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Pomarańcze są takie słodkie, a że są głównie zimą to za nim tęsknię :(. Obie studiują prawo, więc jakiś wątek może uda nam się sklecić? :) ]

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Niech ma, niech ma najróżniejsze, byleby tylko nie pluła jak podirytowana lama, bo to nie jest estetyczne!

    Taki waleczny jest Ellery, walczy o niepodległość, to należy wspierać, a nie potępiać. Gilbert O'Sullivan – nie wiem, nie wiem, nie jestem przekonana, bo tekst tekstem, ale melodia taka jakaś zbyt wesoła...

    DOBRZE, CZEKAM. ]

    E.

    OdpowiedzUsuń
  13. [Chwilowo nie mam pojęcia. Bitwa o dojrzałą pomarańczę przyszła mi do głowy jedynie, ale obecnie Anne by odpuściła. Chyba, że coś w rodzaju, że kiedyś już to im się zdarzyło, zacięte bitwy o najlepsze pomarańcze w najbliższym sklepie, a tym razem Anne by odpuściła bez walki? ]

    OdpowiedzUsuń
  14. [Przychodzę w takim razie! Ta twoja pani kojarzy się mi z silną niezależną kobietą, ale wierzę, że mimo tego znajdziemy punkt zaczepny ;) Jakieś pomysły? ]

    Caleb

    OdpowiedzUsuń
  15. Był jednym z tych niewielu ludzi, tej garstki szczęśliwców, których życie i zachowanie determinowane było syndromem Tahiti – niezależnie od tego, co właśnie się działo, gdzie przebywali i jakie problemy ich zasypywały, potrafili, zamknąwszy oczy, przenieść się na rajskie wyspy i nie przejmować się absolutnie niczym.
    – Jesteś jakiś spięty, Ellery – mawiał czasem Jim i, w zależności od tego, w jakim miejscu aktualnie się znajdował, kładł się na wznak na świeżo skoszoną trawę, piaszczystą plażę czy brudną ulicę i wystawiał twarz na działanie ostrego słońca. – Musisz się wyluzować.
    Gdyby Jim był piosenką, zapewne byłby przebojem rodem z ujaranych lat dziewięćdziesiątych, gatunkowo klasyfikowanym jako reggae (lub przynajmniej utwór tym stylem inspirowanym), z refrenem, który zostałby prędko zapamiętany przez każdego szanującego się nastolatka. Trzeba się wyluzować, nuciliby wzorem Jima, nuciliby nawet wtedy, kiedy nie mieliby na to ochoty, bo trudny do uchwycenia fenomen tej przyśpiewki – mimo że ani mądrej, ani odkrywczej, ani nie skomponowanej w szczególnie dobry sposób – sprawiałby, że jej melodia wwiercałaby się w mózg i w uszy tak, że trudno było się jej pozbyć.
    – Musisz się wyluzować – powtarzał Jim z chrapliwym zaśpiewem i nie przejmował się, że jego nieposmarowana olejkiem do opalania skóra zaczyna robić się czerwonawa, a Ellery cieszył się, że kumpel nie jest piosenką, tylko zwykłym człowiekiem.
    Jim był lekkoduchem i niczym się nie przejmował, czego Ellery czasem mu zazdrościł bardziej niż by chciał. Chociaż z konkursu na najbardziej odpowiedzialną i dojrzałą osobę we wszechświecie odpadłby w przedbiegach, nie wyróżniał się także lekkomyślnością i chociaż zazwyczaj z tego powodu nie narzekał, zdarzały się chwile, w których żałował. I bynajmniej nie chodziło o to, że dbał, by nie doznać poparzeń słonecznych żadnego stopnia.

    Bywało więc, że spinał się i przejmował – przejmował niekoniecznie tym, czym powinien w pierwszej kolejności się przejmować; i bardziej, niż gotów byłby przyznać. Problemem nie było to, że coś natrętnie zajmowało jego myśli czy że się martwił (na szczęście jeszcze nie doszło do tego, by miał dzielić włos na czworo), a raczej intensywność przeżywania była czymś, co mogło zaniepokoić. Miewał wrażenie, że słabością, której być może nigdy nie przezwycięży, jest nieumiejętność odszukania złotego środka i tak też sprawie oddawał się w całości albo w ogóle. Zamiast spróbować zrobić coś konstruktywnego z źródłem frasunku, nurzał się i pogrążał w wizjach, na których snucie sobie pozwalał, babrał się w dziwnych myślach i rozdrapywał jeszcze dziwniejsze uczucia.
    Uczucia kłopotały najmocniej. Nie potrafił mówić o tym, co czuje, ale to nie powinno nikogo dziwić – właściwie wielu ludzi miało podobnie. Gorzej, że Ellery nawet sam ze sobą nie potrafił tego przedyskutować, a kiedy próbował analizować na poziomie emocjonalnym to, co rozgrywało się w umyśle, czuł się dziwnie zawstydzony. Być może było to niejako związane z powiedzeniem czym skorupka za młodu nasiąknie..., a przecież od najmłodszych lat próbowano go przekonać, że mężczyzna powinien być twardy jak skała, a uczuciem, na które może sobie ewentualnie pozwolić, powinien być co najwyżej głód. I chociaż wiedział, że to wcale nie jest tak, chociaż wiele czytał i próbował uczyć się emocji i radzenia sobie z nimi, to działało to tylko do pewnego stopnia. Nie miał problemów z opowiadaniem o uczuciach – na szczeblu ogólnym, ideowym i literackim, a także żadnym kłopotem nie było podzielenie się wrażeniami, które wyzwalała sztuka, ale jeśli już miałby wdać się w bardziej osobiste, intymniejsze rozmowy, napotkałby nieznośną ambiwalencję (to absolutnie nie jest złe! vs nie przystoi!), której nie zdołałby przeskoczyć.
    Czasem przepracowanie pewnych kwestii wydawało się czymś niezbędnym i Ellery miał nadzieję, że kiedyś się tego nauczy. Starał się nad sobą pracować i chociaż w pewnych kwestiach i tak bywało lepiej niż niegdyś (a na pewno o wiele lepiej niż w tym drażliwym okresie dojrzewania;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale to było co innego, nastolatki z urzędu są idiotyczne), to wciąż nierzadko skręcał w kierunku obsesji.
      Należało się zdystansować, co było łatwe jedynie w teorii. Chodziło oczywiście o osiągnięcie dystansu psychicznego, ale jedną z dróg do tego prowadzących było zachowanie także dystansu fizycznego, dlatego też pewnego dnia dojrzał do decyzji, by spróbować się od Jolene – choć trochę – odciąć.

      Polecenie egzaminacyjne: opisz Jolene.
      Jolene jest... Jolene jest... Jolene jest...
      Dziękujemy, zero punktów na sto tysięcy miliardów (wierszy?), zapraszamy na poprawkę!
      Jeszcze na ustnym jakoś by się wyłgał, po dwukrotnym wyjąkaniu niedokończonego zdania powtórzyłby je ponownie, tyle że tym razem zamiast zakończyć je wielokropkiem postawiłby zdecydowaną kropką, a potem pieprzyłby coś o tym, że w całym tym wyrażeniu można zamknąć cały opis, bo Jolene po prostu – i aż – jest, jest, kiedy się jej potrzebuje. Następnie bryknąłby w inny temat i wyszedłby z oceną A lub A+, chociaż tak naprawdę nie wykonałby polecenia. Był beznadziejnym kłamcą, ale w lawirowaniu i prowadzaniu rozmowy na swoją korzyść osiągał wyjątkowo dobre wyniki. Tyle że to, co człowiek przyjmie, papier już niekoniecznie.
      Gdyby miał pisać, nie napisałby nic, tylko zachlapałby kartkę atramentem i ponuro złościł się sam na siebie. O ile zwykle ujarzmiał słowa bez żadnego wysiłku, tak w pewnych aspektach napotykał opór i wtedy następował koniec, to by było na tyle, można się rozejść, a tłoczące się w bałaganie myśli na nic się zdawały. To było trochę, jak sięgnięcie dłonią do zagraconej kieszeni, w której znajdzie się wszystko oprócz tego, czego się szuka. Ellery'ego podróż po umyśle była tym bardziej frustrująca, że jedynie mgliście wiedział, czego poszukuje. I nie miał pojęcia, czy pewnych spraw opisać się nie da, czy tylko on tego nie potrafi.

      Na szczęście były także i dziedziny, które nie przysparzały mu żadnych trudności, a za to sprawiały przyjemność. Do takich zaliczał pracę – o ile tak można było nazwać tę działalność – w studenckim radiu. Oczywiście, zdarzało się, że mu się nie chciało, że w czasie, który musiał poświęcić na gadanie przy mikrofonie, wolałby zrobić coś innego, jednakże zazwyczaj nie narzekał i cieszył się, że może odgrywać rolę spikera. Lubił tę zabawę, a także ten niezbyt wielki, nieco klaustrofobiczny pokój, w którym mieściło się stanowisko. Miłe było także to, że w tym czasie nikt nie powinien mu przeszkadzać.
      I nie przeszkadzał. Zazwyczaj.

      Nie spodziewał się, że w tym miejscu zobaczy Jolene. Był zupełnie nieprzygotowany na tę konfrontację, więc kiedy ujrzał przyjaciółkę, stanął w progu i przez chwilę trwał w zupełnym bezruchu, zastanawiając się, co właśnie się wydarzyło. W prawej ręce trzymał telefon i teczkę z papierami, w lewej – butelkę wody; bezwiednie zacisnął palce na tych przedmiotach tak mocno, że aż knykciu mu pobielały. Ściągnął mięśnie tak, jakby szykował się na przyjęcie ciosu. Ciosu, który na całe szczęście na niego nie spadł. Zdezorientowany w milczeniu przysłuchiwał się wrzaskom Jolene i być może dłużej udawałby posąg, gdyby nie to, że musiał niechcący wcisnąć przycisk komórki, która przez to radosnym świergotem poinformowała, że za chwilę się wyłączy. To go odrobinę otrzeźwiło.
      – W porządku – odpowiedział. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli nawet istnieje odpowiedź, która zadowoliłaby Jolene, to słowa, które wypowiedział, z pewnością jej nie tworzą, ale w tym momencie nie było go stać na więcej. – Ale nie krzycz tak, dobrze? – dodał, czym zapewne nie poprawił własnego położenia.

      Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Wyminąwszy Jolene, usiadł przy stanowisku i z niepokojem zerknął przez szybkę, żeby spojrzeć, czy kontrolka mikrofonu świeci się na zielono. Na szczęście nie, sprzęt był wyłączony. Ellery odetchnął. Wolałby, żeby radiowi słuchacze nie mogli usłyszeć całej tej rozmowy. Dłonie trochę mu drżały, ale tylko odrobinę, dlatego też zdecydował się na położenie przed sobą teczki i zaczął wyciągać z niej niezbędne do audycji papierzyska.

      Usuń
    2. Pomysł informowania o tym, że zamierza się do kogoś przestać odzywać, wydał mu się tak absurdalny, że zapewne, gdyby czuł się bardziej komfortowo, zaśmiałby się z tego. Przypomniało mu to czasy podstawówki – wtedy takie zabiegi wydawały się naturalne, a teraz... Zresztą – to nie było tak, że postanowił się na Jolene na przykład obrazić i dać jej to odczuć wyniosłym milczeniem. Po prostu potrzebował czasu, dystansu, odetchnięcia. Nie uważał przecież, że z dnia na dzień zerwą jakiekolwiek kontakty. Minęły cztery dni, przecież... Nie wiedział, czego się spodziewał, chyba niczego, akurat o tym nie myślał.

      – Wybacz – powiedział z godnym podziwu spokojem, ale, co już nie zasługiwało na szacunek, nie patrzył na Jolene. – Nie chciałem, żebyś się przeze mnie irytowała. Byłem... trochę zajęty.

      Chyba sprawiał wrażenie całkiem opanowanego, ale doskonale wiedział, że to pozory. Miał nadzieję, że uda mu się zrobić coś, żeby Jolene wyszła, zanim maska beznamiętności opadnie.

      E.
      [ Mam tendencję do lania wody. Tzn. ja to nazywam tworzeniem tła, nastroju, poznawaniem postaci i takie tam głupoty i nieprawdy, ale jeśli słowotoki bardzo przeszkadzają, to mogę zacząć cenzurować komentarze, to jest – wycinać mniej niezbędne fragmenty przed wysłaniem.
      Łączę wyrazy głębokiego szacunku! ]

      Usuń
  16. Usłyszawszy pytanie, przewrócił oczami. Jakie to właściwie miało znaczenie, czym zajmował się przez ostatnie cztery dni? Przez chwilę zastanawiał się, czy istnieje jakaś pula wymówek, z której teraz powinien jedną wyłowić, na tyle przekonującą i poważną, że zostałby rozgrzeszony. Pewnie, gdyby się choć trochę postarałby, bez większych trudności wymyśliłby coś na tyle istotnego i prawdopodobnego, że – przynajmniej w jakimś stopniu – uśmierzyłby gniew Jolene, ale problem polegał na to, że Ellery nie potrafił kłamać. Nie miał też pewności, czy gdyby łgał tak dobrze, że ryzyko zdemaskowania fałszu zostałoby zminimalizowane niemal do zera, zechciałby z tej umiejętności skorzystać. Lepiej pozostawać w obrębie ogólników i przemilczeń, które co prawda sprawiały, że składanej relacji daleko było od krystalicznej prawdy, ale jednocześnie nie nosiła znamion tak bezczelnie zmyślonych historyjek, jakie niektórzy bez większych skrupułów sprzedawali innym ludziom.

    – Nie – odparł, ale jego odpowiedź dotyczyła drugiego pytania, które choć na chwilę pozwoliło mu odroczyć w czasie podjęcie tego innego, bardzo możliwe, że w tej chwili bardziej ważkiego, tematu. – Jeśli chcesz palić, powinnaś wyjść.
    Nie miał pewności, czy tak w istocie było, ale trudno było znaleźć powód, z którego wygłoszone przez niego słowa miałyby wprowadzić Jolene w błąd. Zasadniczo w miejscach publicznych, w miejscach pracy palić się nie powinno i Ellery podejrzewał, że gdyby się uważniej rozejrzeć, można by i w rozgłośni radiowej znaleźć tabliczkę z zakazem palenia. A nawet jeśli nie, zapewne było coś na ten temat w regulaminie – ale tego nie wiedział, nie był w końcu wariatem, a tylko zwykłym człowiekiem, nie miał w zwyczaju studiować obszernych papierzysk z listą zakazów, nakazów i innych zaleceń. Z drugiej strony – miał również świadomość, że gdyby Jolene zapaliła, zapewne nic wielkiego by się nie wydarzyło, tyle że niekoniecznie chciał, by przyjaciółka to zrobiła. Byłoby mu na rękę, gdyby jej potrzeba nikotynowa okazała się tak duża, że przyjaciółka opuściłaby pomieszczenie i zostawiła go w samotności.
    Sam chętnie zrobiłby którąś z tych dwóch rzeczy – albo wyszedł, albo zapalił. Nie był może nałogowym palaczem, który dnia bez obrócenia w popiół paczki nie zdoła przeżyć; palił najczęściej na imprezach, w okolicznościach codziennych widokiem niezwyczajnym był Ellery z papierosem w ustach. Pieniądze wolał tracić na inne głupoty, chociaż czasem żałował, na przykład w tym momencie.
    Jednak najbardziej żałował, że musi być uczestnikiem tego beznadziejnego spotkania.

    Ostrożnie, tak jakby to było coś kruchego, położył na blacie trzymaną przed chwilą kartkę i wziął do ręki przypadkowo wyłączony telefon. Nacisnął na odpowiedni przycisk i przytrzymał na tyle długo, że ekran ponownie się zaświecił. Przez kilkanaście, kilkadziesiąt sekund, które mu na tym upłynęły, milczał uparcie, tak jakby utracił możliwość robienia więcej niż jednej rzeczy jednocześnie. Wreszcie wziął głęboki oddech i odwrócił się, by w końcu spojrzeć na Jolene.
    – Czym? – cicho powtórzył za nią. – Zupą. Zrobiłem zupę, krem brokułowy, dzisiaj w nocy, bardzo dobre, mam na myśli to, że musi być dobre, skoro jeszcze żyję, nie?!
    Stał. Nie miał pewności, w którym konkretnie momencie, ale w trakcie mówienia wstał gwałtownie, a wtedy odsunięte nagle krzesło nieprzyjemnie zazgrzytało, być może został nawet po tym lekki ślad, niewyraźna smuga na podłodze, ale kto by przejmował się stanem posadzki. Ellery, chociaż nie krzyczał, każde kolejne słowo wypowiadał głośniej, a ton wznoszący, w którym zakończył, tylko częściowo wynikał z tego, że był typowy dla pytań. W tym przypadku antykadencja bardziej związana była z emocjami.

    Miał świadomość, że późnym wieczorem – albo wczesną nocą – kiedy w końcu, po ciężkim dniu (z jakiegoś powodu był przekonany, że cokolwiek dalej by się nie działo, będą to same niełatwe doświadczenia) wróci do domu i będzie szykował się do snu, wspomnienia niedawnego wydarzenia będą go długo męczyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamiast wypocząć przed rankiem, będzie analizował każde zapamiętane słowo i gest i właśnie wtedy, może już na skraju jawy i snu, w jego umyśle zawitają najwłaściwsze postępowanie i wyrazy, których powinien był użyć, a o których nawet wówczas nie pomyślał, a wraz z tym wstyd za swoje zachowanie. Szkoda, że to zawsze przychodziło zbyt późno.
      W idealnym świecie na pewno nie dzielił się absurdalnymi informacjami o durnej zupie zrobionej durną nocą. Tego jednak już cofnąć nie mógł, mitygowanie się nie miało żadnego sensu, można było się tylko postarać, by następne zdania były sensowniejsze i, co być może w tych okolicznościach ważniejsze, wypowiedziane w lepszy sposób. Nie potrafił się opanować na tyle, by powrócić do spokojnego, neutralnego opowiadania, ale przynajmniej był w stanie nie zacząć krzyczeć, co więcej – mówić ciszej.
      Tylko czy coś w rodzaju warczenia zamiast podniesienia głosu było takie słuszne?

      – Nie wiem, może życie? – Ellery odważnie podjął drugą próbę odpowiedzi. – Nauka, rozgłośnia radiowa, praca, jakieś sprawy prywatne, to jest rozwijanie zainteresowań i życia towarzyskiego, do tego muszę jeszcze czasami sypiać... To wszystko zajmuje sporo czasu, a ja, mimo najszczerszych chęci, nie umiem go rozciągnąć. Nie wszystko zawsze się da.
      Wypowiedź zakończył równie gniewnie, co niezręcznie, a to, że z jakiegoś powodu bezradnie machnął rękoma, w niczym nie pomogło. Spojrzał na sufit, jakby liczył, że znajdzie tam jakąkolwiek pomoc, ale niewiadomego pochodzenia plama znajdująca się koło lampy nie kryła w sobie żadnej odpowiedzi, a przynajmniej Ellery nie potrafił nic z tego wyczytać.
      – Musisz już iść – burknął, dla odmiany spoglądając gdzieś w okolice prawego ucha Jolene. – Za chwilę audycja – wyjaśnił już nieco łagodniej, tak jakby poczuł się zdegustowany własną obcesowością.

      Ponownie odwrócił się i włączył stojący na biurku komputer, żeby być już przygotowanym do wejścia na antenę. Następnie sięgnął po słuchawki, które nałożył – jeszcze nie na uszy, ale na szyję. Co prawda do czternastej, o której miał przywitać się z radiosłuchaczami i przekazać im kilka ważnych informacji, zażartować czy podzielić się prześmieszną anegdotą i zaprosić do rozkoszowania się muzyką, zostało jeszcze trochę czasu, ale Ellery miał wrażenie, że niewystarczająco wiele. Na odpoczynek i wprawienie się w odpowiedni nastrój powinien dostać od losu jeszcze kilkadziesiąt godzin.

      E.
      [ To dobrze, bo to wymagałoby wysiłku, a jestem leniwa. Tak swoją drogą, mogłabyś napisać, ile – albo czy w ogóle – Ellery wie o tym wykładowcy Jolene?
      Z poważaniem jest trochę pretensjonalne, pozdrowionka. ]

      Usuń
  17. [Cześć! Ochota jest zawsze, gorzej z pomysłami — skoro jednak Jolene jest miła, a w dodatku są rówieśnicami, to przy wspólnym wysiłku może damy radę coś ciekawego wymyślić. A jak nie, to trudno — to przyjdę, jak mnie oświeci!]

    Regina Vicker

    OdpowiedzUsuń