Sissi McAllister
AKTORSTWO || 4 ROK || 23 WIOSNY || PRZEWODNICZĄCA BRACTWA PSI MU
AKTORSTWO || 4 ROK || 23 WIOSNY || PRZEWODNICZĄCA BRACTWA PSI MU
- Sissi, kim chciałabyś zostać w przyszłości?- zapytała ciemnowłosa kobieta o szerokim uśmiechu, który zmiękczał każde, nawet najtwardsze serce. Pięciolatka utkwiła swoje soczyście zielone oczy w mamie i podrapała się po blond czuprynie mierzwiąc ją na tyle, by spowodować istny chaos na głowie.
- Będę syrenką, a jak będę wychodzić z wody to zacarują mi się nogi i będę patatajać na koniku do swojego zamku, gdzie będę księżniczką, a w swoim pokoju będę mieć tajną bazę i….i będę super agentką ratującą świat. Jak już go uratuję to będę rozdawać ludziom ciasteczka takie jak ma pani Jenkins w swojej piekarni i….i jesce będę dentystą żeby wiercić dzieciom dziury w zębach- opowiadała z zapałem skacząc dookoła stołu, przy którym siedziała cała rodzina podśmiewając się z jej wypowiedzi. Mała zmarszczyła nosek, na którym widniało kilka piegów zachęconych wakacyjnym słońcem i wpatrywała się w krewnych, nie rozumiejąc co ich tak bawi. Przecież nie powiedziała nic śmiesznego, a wręcz uważała swoje plany za bardzo poważne i godne zrealizowania.
- Sissi, nie można być wszystkim naraz- odpowiedziała mama dziewczynki kręcąc głową z rozbawienia. - Może wybierzesz jeden zawód, na przykład dentystę?
- Dlacego?- zapytała mała wdrapując się na wolne krzesło i sięgnęła bezpretensjonalnie małą rączką po duży kawałek biszkoptu z truskawkami. - Przecież Shannen Doherty jest czarodziejką, piosenkarką, dziewcyną z fajnym chłopakiem i księżniczką…
Wszyscy obecni przy stole ludzie wybuchli gromkim śmiechem, a Sissi przełknęła kawałek ciasta i nachmurzyła się sznurując usta ze złości.
- Kochanie, ona jest aktorką.
Mała zaczęła myśleć, wysunęła koniuszek języka zlizując z kącika ust bitą śmietanę i wykrzyknęła radośnie:
- To ja też będę aktorką!
Rodzice jeszcze długo żywili nadzieję, że ich córka spośród wielu marzeń wybierze to najbardziej realne- stomatologię. Jednak dziewczynka uparcie dążyła do celu, nawet jeśli w szkolnych przedstawieniach grała skrzypiące drzwi czy podtrzymywała dekorację. Bez problemu dostała się na studia, chociaż nie zapomni jak na egzaminach wstępnych kazali jej zagrać jajecznice ( była tą na maśle i ze szczypiorkiem). I tak spełnia się jej dziecięce marzenie, a ona wkłada w to co robi całe swoje serce. Stawia pierwsze kroki na deskach teatru grając drobne role i mając zaszczyt pracować już z doświadczonymi aktorami. Na studiach dała się poznać od dość rozrywkowej strony. Mistrzyni piwnego ping ponga, twistera i gry karcianej o zacnej nazwie dupa biskupa. Kreatywność i abstrakcyjność są jej bardzo bliskie, pewnie z tego powodu przejęła funkcję przewodniczącej bractwa Psi Mu. A, i jeszcze z powodu szerokiego uśmiechu, który przyklejono kropelką na stałe, bo wiecie co kropelka sklei sklej, żadna siła coś tam... W spokojniejsze dni uwielbia spacery wzdłuż plaży lub grzeje kanapę w pobliskim barze. Szukaj jej w akademiku Greta p.105.
_________________________________________________
Bawmy się!
[Urocza, piszę zaczęcie ♥]
OdpowiedzUsuńL. Mandelbrot
(Pamiętam jak grałam w tą karciana grę z kuzynkami i koleżanka. Dziękuję za przypomnienie, będzie w co grać:D
OdpowiedzUsuńSissi jest urocza i nie da się jej nie lubić. Oby jej marzenie się spełniło.
Dobrej zabawy na blogu i ciekawych wątków!^^)
Isabella & Xander (w szkicach)
[Jak miło, że dołączyła do nas kolejna pozytywna duszyczka, oby było takich więcej. Pochylony tekst, nie wiedzieć czemu, bardzo mnie rozczulił. Dobrze, że komuś udało się spełnić marzenia z dzieciństwa. Baw się dobrze! ;)]
OdpowiedzUsuńClarissa Skywalker
[No cześć skarbie ♥]
OdpowiedzUsuńWiesz kto
[Spoko, taki urok bloga z wzięciem. Popełniam sporo błędów fakt, za szybko piszę i nie czytam po przelaniu myśli, ale ortograficznego nie wypatrzyłem, co znalazłem poprawiłem.
OdpowiedzUsuńZapraszam do wątków, jak znajdzie się chęć i chyba w końcu znalazłem ukryta miłość dla mojej drugiej postaci, ale spokojnie, chłopak nie będzie się narzucał, należy do tych nieśmiałych :D]
Adam/David
Niebo nad Melbourne zalazło półmrokiem – promienie słoneczne schowawszy się za horyzontem wysokich biurowców, udekorowały sklepienie ostatnimi rdzawymi odcieniami, które ginęły w szarzyźnie nadchodzącego wieczoru. Wielką salę spowił cień ławek, rzucany na podłogę przez ostre światło jarzeniówki – ta na dokładkę mrugała od czasu do czasu, alarmując o końcu swego żywota. Znad kubka unosiła się gęsta para świeżo zaparzonej, czarnej herbaty, którą starsza kucharka przyniosła mu jakieś siedem minut temu. Zegar tykał miarowo, dobijając krótszą wskazówką do godziny dwudziestej drugiej, i choć sale od dłuższego czasu świeciły pustką i delektowały ciszą, tak w tej od fizyki rozchodził się głośny chrzest papieru. Napierał łokciem na orzechowy blat biurka, podtrzymując dłonią, napchaną dziesiątką wzorów głowę, która od czasu do czasu kiwała mimowolnie, gdy wzrok przesłał jej jakiś absurdalny impuls. Czerwony atrament pióra energicznie kreślił proste linie, przecinające napisane krzywą czcionką zdania lub cyfry. Westchnął po raz pierwszy tego wieczoru i wyprostował plecy na skórzanym fotelu, by zasięgnąć łyka ciepłego napoju. Odłożywszy pióro, potarł zmęczone od jasnego blasku żarówek oczy i przekartkowawszy egzaminy, odsunął sprawdzony plik na kant biurka. Zostało mu jeszcze sześć.
OdpowiedzUsuńNie mógł narzekać, bo po pierwsze – zawsze mogło być gorzej, a po drugie jego podopieczni w większości należeli do grupy zdolnych. Zdarzało im się potykać na naprawdę błahych rzeczach, niekiedy na podstawach, jednak zdawał sobie sprawę, że rodziło się to pod presją czasu i stresu. Co mógł zaliczyć, oczywiście zaliczał, ale jak ktoś radykalnie wprowadzał nowy wzór na obliczenie przyśpieszenia, to po prostu opadały mu ręce. Praca po godzinach nie sprzyjała – czasami czytał arkusze po kilka razy, by upewnić się, że rzeczywiście to ktoś wypisuje bzdury, a nie, że to wzrok płata mu figle. A teraz, choć umysł błagał o odrobinę przerwy, skutecznie bagatelizował wołanie, wracając do ostatnich sześciu egzemplarzy, spoczywających naprzeciwko – nazajutrz będzie mógł sobie pozwolić na nieco dłuższą chwilę relaksu i z pewnością wykorzysta ten czas na zwykły odpoczynek w objęciach miękkiego łoża.
Upijając większy łyk, nachylił się ponownie nad tekstem i śledząc go wzrokiem, powrócił do transu odhaczania błędnych i prawidłowych odpowiedzi. W międzyczasie rozmyślał nad kolejnymi zajęciami, bądź wracał wspomnieniami do National Cancer Institute, tak jakby podświadomie non stop opracowywał nowsze i zarazem szybsze metody wykrywania tych cholernych nowotworów. Zajął się tym w momencie, kiedy u Benoita – jego dziadka – zdiagnozowano raka trzustki. Prawdę mówiąc, miał już swoje lata, jednak choroba przyszła do niego niespodziewanie. W zaawansowanym stadium nie było już szans na ratunek, ale sam Benoit także nie wykazywał chęci walki. Zawsze powtarzał, że wprowadził wystarczająco dużo chaosu w nauce, a dwóch Mandelbrotów na jednym świecie, to zdecydowanie za dużo – uśmiechał się przy tym błogo, jak gdyby spełnił swoją misję. Był, i nadal jest, dla Logana wielkim człowiekiem, a osobiście Logan jest cholernie dumny, że urodził się właśnie pod takim szyldem. Dziadek go inspirował w każdej kwestii – był nieznanym wulkanem humoru i kontrowersji; zyskał szacunek i pogardę równocześnie, ale zupełnie się tym nie przejmował. Z pewnością byłby dumny z wnuka – na samą myśl, usta Logana powędrowały w górę; choć mogły być równie dobrze radością stworzoną przez widok ostatniego egzemplarza na biurku. Zajął się nim sprawnie i dopisawszy komentarz do pracy, wsunął palce w ucho kubka, by jednym haustem go opróżnić. Podniósł się z fotela, zerknął na zegar wskazujący prawie dwudziestą drugą trzydzieści, zgarnął egzaminy do szuflady i przekręciwszy w niej kluczyk, ściągnął z oparcia grafitową marynarkę. Zarzuciwszy materiał na ramiona, wymacał kieszenie w poszukiwaniu samochodowych kluczy – wciąż tam były, ale Mandelbrot miał niekiedy zaniki pamięci w kwestii tego, gdzie ostatnio je posiał.
Nie ociągając się za długo, wyłączył światło i przekroczywszy próg drzwi, ruszył pustym korytarzem w stronę wyjścia.
UsuńTutejsze światło było o niebo przyjemniejsze, a cisza wręcz koiła uszy, które ostatni razem zakodowały tylko chaos krzątających się studentów. Temperatura na zewnątrz była przyjemna, mimo że suche powietrze Florydy dawało o sobie znać – skierował się na skróty stronę parkingu. Zazwyczaj tędy nie chodził, ale tym razem nie zawahał się podeptać odrobiny trawnika, ścielącego się przed chatą bractwa Psi Mu. Wszystko byłoby całkiem w porządku, gdyby nie głośna muzyka, stado młodzieży, między którą musiał się przeciskać, i zataczający równe koła chłopak, który na ułamek sekundy kurczowo przylgnął do jego klatki. W dłoniach trzymał butelkę jakiegoś piwa, jednak kolega z nim spacerujący, szybko przechwycił szkło i schował za własnymi plecami, witając nauczyciela bełkotem. Logan strzepnąwszy z marynarki niezidentyfikowane, małe obiekty, zlustrował ich wzrokiem i wdał się w krótką, acz owocną rozmowę dotyczącą hucznej imprezy pod banderą Psi Mu – nie sądził, że tak wyglądają ich rozmaite gry. Przewodnicząca miała być podobno w budynku, toteż udał się do wewnątrz, z trudem bagatelizując ilość decybeli, jaka rozpierała ściany i z trudem przedostając się do środka przez zagradzających drogę ludzi. Woń alkoholu górowała.
bardzo proszę, Logan Mandelbrot.
[W ogóle to: fsdkjfsjdfidjsosdkmcdsossao, bo masz avatara z music video Muse - Psycho i tak się zastanawiam czy może jesteś ich fanką? :> Bo jeśli tak, to cię uwielbiam, nie. To prawda, Cade powinien się ogarnąć w końcu, ale jest w tym też trochę winny Cassie, także tego. Wszelkie pocieszenie mile widziane!]
OdpowiedzUsuńClarissa Skywalker
Nie znał się na bractwach, a wymienienie jakiegokolwiek włącznie z założeniami, zajęłoby mu sporo czasu, jeśli w ogóle miałby powód się za to zabrać. W Bronx nie istniały takie stowarzyszenia, ale tam po prostu nie było na to czasu – większość ludzi ślęczała w książkach, a wyzwaniem było trafić na wolny stolik w bibliotece. Natomiast Logan, na dokładkę, po każdych zajęciach biegł jak dziki do Manhattan School of Music, by zdążyć na lekcję gry na fortepianie. Oczywiście, ani nie popierał takich „organizacji”, ani nie negował, bo te w żaden sposób go nie dotyczyły, choć osobiście wolałby przeznaczyć czas na coś, co da mu owoc... Nie związany z kacem, tak jak w przypadku obecnej w progach Psi Mu młodzieży. Teraz z pewnością był na to za stary.
OdpowiedzUsuńZaczepiwszy jakąś dobrze trzymającą się na nogach dziewczynę, poprosił by przedstawiła mu przewodniczącą McAllister – z tego, co zdążył usłyszeć od chłopców z zewnątrz. Najprawdopodobniej skojarzyła Mandelbrota z wykładowcą, bo bez zbędnych słów pognała w tłum, szukając samicy Alfa tegoż bractwa, a sam Logan zaczynał żałować, że w ogóle tu zawitał. Zazwyczaj bagatelizował takie wydarzenia i, szczerze powiedziawszy, miał koło nosa to, jakie ewentualne konsekwencje spotkają imprezowiczów. Również się bawił będąc w ich wieku, ale zamiast w piwnego ping-ponga, grało się w makao na kostki czekolady. Dopiero w później zaczęły się zabawy z dodatkiem alkoholu i zielonych liści, niemniej jednak odbywały się zazwyczaj w miejscu, gdzie nikt nie mógł im nic zrobić i w przeciwieństwie do imprez college'owych, nie kończyły się brutalnym seksem grupowym na pralce. A z tego, co zdążył zauważyć, wśród młodzieży rozkwitła moda na spoufalanie się z czymkolwiek, co ma czelność się poruszać.
Ku pokrzepieniu serca, pani przewodnicząca była w stanie mówić, i choć nie uważał tego za wyczyn godny nagrody Nobla, to komfort sytuacji odrobinę poprawił mu nastrój – nawet, przy kolebiącym się metr obok, półnagim człowieku. Skrzywił się nieznacznie i obrzuciwszy chłopaka oszczerczym, acz krótkim spojrzeniem, powrócił błękitem tęczówek na twarz, cóż, można powiedzieć, że srebrnowłosej dziewczyny, za znakiem której skierował się w stronę schodów.
Dokądkolwiek szedł, był pewien, że miejsce będzie nader dogodniejsze, niźli klangor i łomot, stworzony przez hulajdusze piętro niżej. Rozumiał imprezy w związku z zakończeniem roku – wolność, swoboda, książki na bok, ale z rozpoczęciem? Być może Psi Mu to ugrupowanie, które uwielbia się uczyć? Nie można było tego stwierdzić po twarzach tych wszystkich osób, ale podobno nie należy oceniać po okładce. Może rzeczywiście tak właśnie jest.
Nie przywykł do bycia przepuszczanym w progu drzwi, niemniej jednak od punktu kulminacyjnego dzieliło go zaledwie kilka kroków, a chcąc mieć to już za sobą, bez zastanowienia wszedł do środka, przeczesując wzrokiem pomieszczenie. Wyglądało na biuro, czy też raczej na centrum dowodzenia – segregatory w takim miejscu były niezmiernie ciekawe. Czyżby chomikowały listę imprez? Na samą myśl uśmiechnął się pod nosem, choć nie odczuł potrzeby wgłębienia się w ten temat.
Usłyszawszy pytanie, odwrócił się do dziewczyny, wsuwając tym samym dłonie do kieszeni — Gdybym potrzebował pomocy, nie przyszedłbym tutaj — odpowiedział, unosząc usta w równie przyjaznym uśmiechu. Nawet, jeśli wyglądał na dobrze wystudiowany, to w gruncie rzeczy nadal był uśmiechem — Budynek należy do college'u, jak mniemam — podjął, dając kilka kroków w stronę regału, na którym zawiesił wzrok
— Spożywanie alkoholu na terenie szkół i innych placówek oświatowo-wychowawczych jest karalne. Tak samo, jak spożywanie alkoholu przez osoby, które nie ukończyły dwudziestego pierwszego roku życia, a tych naliczyłem przynajmniej ośmiu — oparł się plecami o kant regału — Mnie, panno McAllister, to nie przeszkadza, jednak radziłbym zgarnąć z zewnątrz rozbieganych studentów, nim pani Hensley skończy wieszać krzyż w sali, gdzie szerzy miłość do chrześcijaństwa — rzekł, dobierając do ostatniej części swej wypowiedzi nieco obelżywy ton, choć nie miał zamiaru nikogo urazić, rzecz jasna. Cóż, pani Hensley ceni sobie przykazania, więc gdyby trafiła na takie stado rozbrykanych osób, najprawdopodobniej przeżegnałaby się i podjęła skuteczną interwencję.
UsuńPrzechylił głowę lekko w bok i zlustrowawszy jasnowłosą odbił od półki, by po chwili ułożyć dłoń na klamce drzwi — Chyba, że organizator chętnie pokryje koszty, a reszcie nie zależy na studiach.
Nic więcej do powiedzenia nie miał, a to w jaki sposób McAllister potraktuje wypowiedź, zależy tylko od niej. Mogła sobie wziąć do serca problemy związane z momentem, gdy wieści dotrą do dyrektora placówki, ale równie dobrze, mogła to zupełnie olać i pójść się bawić w najlepsze. On nie przyszedł tutaj w żadnym złym zamiarze, chyba, że ktoś postanowi pokrzyżować mu plany, choć Logan zazwyczaj traktował młodzież per nogam, jeśli próbowała obudzić w nim lwa. Musiałby być szalenie zdesperowany, by wdać się w debatę z kimś niedoświadczonym, czy z kimś, kto dopiero co przekroczył próg dorosłości.
Logan Mandelbrot
[Ojej, ojej, ojej, umieram. <33 Właśnie widziałam dzisiaj informację o tym koncercie, ale no niestety będę sobie musiała odpuścić, chociaż Kraków jest bardzo blisko mnie. Jadę w październiku na Placebo już, więc może następnym razem, chociaż bardzo mi przykro, że mnie nie będzie. W każdym razie wątkujemy, tylko ja to jeszcze nie mam żadnego sprecyzowanego pomysłu, za co przepraszam, ale ostatnio wymyślanie mi nie wychodzi.]
OdpowiedzUsuńClarissa Skywalker
[Co? Jak ukradłam? Ja nic nie wiem ;__;
OdpowiedzUsuńA Lyndsey zapewne chętnie pozna Sissi, tylko na razie brak mi pomysłów na cokolwiek :c]
Lyndsey
[Cześć! Interpretuję, że bardzo z niej pozytywna osóbka! :) Udanego blogowania!]
OdpowiedzUsuńJeffrey
[Hej-hej! Faktycznie Eva jest troszkę zakręcona, ale tak samo pozytywnie jak Sissi! Z pewnością by się dogadywały i Eva kręciłaby się pod nogami Sissi, kiedy zaczyna się planowanie imprez z Psi Mu i uśmiechała niewinnie, kiedy Sissi kolejny raz złapała ją na buszowaniu po nocy w bractwie czy rzucaniu niedopałków przypadkiem na ziemię. A potem by się okazało, że są przybranymi siostrami XD Wyobraźnia mnie poniosła. A jak u Ciebie, masz jakiś pomysł na nasze wariatki?]
OdpowiedzUsuńVAUSE
[ Kazali jej zagrać jajecznicę? Nie mają serca dla aktorów!
OdpowiedzUsuńCześć i dzięki za powitanie, dobrze mieć kogoś takiego jak Sissi na tym samym kierunku.]
Cattelat
[Sissi jest świetna. :D Dziękuje za powitanie. Tak właśnie się zastanawiam, czy to nie Ash, więc robię research. Więc jak, kombinujemy coś? :)]
OdpowiedzUsuńStas Libidojew
[ A oni przebiorą się za Makbeta i Lady Makbet? Mam słabość do tej pary...]
OdpowiedzUsuńCattelat
Nerwowa reakcja dziewczyny go nieco zdziwiła. Wszedł tutaj w pokojowym nastawieniu, zaś został potraktowany taką ilością pytań i insynuacji, że nawet nie chciało mu się ich liczyć. Niemniej jednak, jej postawa trochę go bawiła, bo tłumaczyła się tak, jakby rzeczywiście miała coś na sumieniu – a on przecież nie przyszedł, by przeprowadzić śledztwo pod blaskiem złotej żarówki, a jedynie dać znikomy sygnał ostrzegawczy. Nawet, jeśli miejsce byłoby do tego odpowiednie. Nie miał nic przeciwko ich zabawom, ba, mogli robić je dzień w dzień, jeśli to jedyne sensowne rozwiązanie do spędzania wspólnego czasu po zajęciach. I tak, jak nie wycisnął z siebie ani krzty krytyki w związku z imprezą, tak nie wspomniał również ani słowem, że zamierza wyciągnąć z tej biesiady konsekwencje, bo nie cierpi brudzić sobie rąk jakimiś trywialnymi kwestiami, jeszcze bardziej nieważkich mu ludzi, o których zapomni w mgnieniu oka.
OdpowiedzUsuńPozostawał w tej kwestii niewzruszony, jak gdyby rozmowa nie miała ostatecznie żadnego znaczenia, choć wysłuchując jej monologu, zdążył oprzeć się o framugę drzwi, która robiła za wyśmienitą podpórkę po dotychczas męczącym wieczorze w stercie egzaminów.
— Prawa na terenie uniwersytetu mam z pewnością większe niż pani, jednak nie zdążyliśmy poznać się na tyle, bym zwracał się do pani per Ty. W związku z tym nie sądzę, abym zechciał adresować inny szyld niżeli nazwisko — co było chyba dość oczywiste, a i Logan nie zwykł mówić do uczniów po imieniu. Niewielu zasługiwało na to pozwolenie, a ów osoby najczęściej wywodziły się z czwartego roku fizyki i była ich garstka — Natomiast nie musiałem legitymować osób, które uczę na pierwszym roku i oczywiście, może pani nazywać mnie niekulturalnym, nie mam nic przeciwko — uniósł kącik ust z przekąsem. Nie godziło to w jego osobę. Kilkakrotnie zdążył zasłynąć z bezprecedensowości, więc traktował taką ocenę, jak coś zwykłego. Nie grał i nie zamierzał wysilać się na zbędny tok ciepłych słów w sytuacji, która ich nie wymagała, albo w sytuacji, do której ani odrobinę nie pasowały.
Był ostatnią osobą, którą można by dopasować do wizerunku kluchy, wystarczyło go moment poobserwować, by wiedzieć, że ten facet prędzej wyrecytuje Inwokację, niż skusi się na komplement niezgodny z prawdą. I nie mówił byle czego, co tylko ślina mu na język przyniesie, a zazwyczaj poruszał aspekty, o których ludzie albo słyszeć nie chcą, albo boją się do nich przyznać.
Nie powstrzymał gromkiego, acz krótkiego śmiechu, gdy z jej ust padły słowa o groźbie, a następnie o tym, że którekolwiek ze studentów byłoby go w stanie nauczyć dobrze się bawić – szczerze wątpił i nie silił się nawet, by to sceptyczne podejście zatuszować. Mało kto intrygował go naprawdę dobrą zabawą i nie sądził, by uczniowie mogli podnieść poprzeczkę w górę, a co najwyżej krytycznie ją zniżyć. Obserwując tutejszą młodzież, często łapał się na tym, że mimowolnie kiwa głową widząc prostackie końskie zaloty, na widok których młodym niewiastom oczy żarzyły się jak stado żaróweczek. Po prostu uważał, że niewielu w nich szanuje swoją osobę, a podstawą do takiego spojrzenia na uczęszczających były właśnie zakraplane imprezy, po których gorące plotki docierały nawet do uszu wykładowców. Logan nie wnikał, ale były chwile, w których odczuwał coś w rodzaju odium. Choć w kwestii odium, należało wziąć pod uwagę w ogóle cały świat, nie tylko obecną młodzież.
Odchrząknął krótko, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej i przywołał usta do spoczynku w miejscu uprzednim — Raczej nie będzie pani miała zaszczytu usłyszeć gróźb z mojej strony i, jeśli pani pozwoli, lekcję dobrej zabawy zaciągnę u kogoś, kto rzeczywiście umie to robić — uniósł usta symbolicznie i wyprostował się w progu, kiedy jego uszu dobiegło zza drzwi wołanie jednej z uczennic.
Oczywiście nie on był poszukiwany, a przewodnicząca, która poświęciła mu chwilę w zgiełku głośnej muzyki i chwiejących się we wszystkie strony świata gości — Niech się pani nie denerwuje, zastrzeżenia to nie mój interes, panno... Sissi McAllister.
UsuńMandelbrot nie maczał paluchów w takich sytuacjach, a pytany o ewentualne wieści, najczęściej wzruszał tylko ramionami i wracał do własnych spraw, których na głowie miał aż nadto. Jeżeli cokolwiek trafi do uszu nieprzychylnych osób, to z pewnością nie z jego strony – nie obchodzi go czy uczniowie imprezują, czy nie bo mieszka na tyle daleko, by muzyka dawała mu spać, a głośne rozmowy ginęły gdzieś w połowie drogi. Póki nikt nie ruszał samochodów na parkingu, było bezpiecznie, choć Logan parkował z dala od akademików i siedzib tutejszych bractw. Jeżeli ktokolwiek w ogóle wiedział, który należy do niego.
Logan Mandelbrot
[Dziękuję ślicznie za miłe powitanie!
OdpowiedzUsuńSissi jest przecudna, od razu można się zakochać w tym promyku.
Mimo znikomego powiązania, chciałabym spróbować coś z nimi stworzyć, jeśli nie masz nic przeciwko. ;) ]
Caleb
[Pierwsza opcja mi się podoba i chyba nie mam nic do dodania, więc zostaje mi tylko zacząć :) W najbliższych dniach postaram się to zrobić.]
OdpowiedzUsuńLyndsey
[Kuuurczę, sama przewodnicząca bractwa przywitała :D Tylko, co zrobić, by napisać długo i ciekawie? Może wspólne organizowanie jakiegoś wieczoru gier?]
OdpowiedzUsuńDeclan
[Dzięki! Ha, bo to wybuchowa mieszanka, choć w tym przypadku sporo ukryte jest przez Serafino, bo on woli być spokojnym wykładowcą. Bo jak załącza się etap włóczykija (podróżnika) to już bywa inaczej ;)]
OdpowiedzUsuńSerafino
[Cześć, przybywam do samej pani przewodniczącej, korzystając z zaproszenia na wątek :D Mamy jakieś pomysły? :D]
OdpowiedzUsuńLena
[Albo zrobiłabym to w ten sposób, że poprowadzili te zajęcia i w strojach wracali do siebie, a wtedy jakiś reżyser teatralny przechodzący nieopodal kazałaby im się stawić gdzieś o ustalonej dacie i godzinie. Mogliby przyjść. Później okazałoby się, że poszukiwani są aktorzy do odegrania głównych rol w sztuce Szekspira. Ach, jaki wspaniały prezent od losu? Niekoniecznie.
OdpowiedzUsuńSzkopuł polegałby na tym, że to odświeżona wersja tragedii. Makbet i Lady Makbet to para homoseksualistów i to od kandydatów do głównych rol zależy, jakiej płci oni będą. Wyobraź sobie taką okazję i ten mały punkcik zapisany drobnym druczkiem.
Wielka walka o to, czy Cattelat zostanie gejem i wejdzie na ścieżkę sławy? Czy może bitwa o bycie lesbijką i zostanie gwiazdą teatru?]
Cattelat
Najwidoczniej się nie zrozumieli w kwestii szyldu, ale nie miał ochoty toczyć tej rozmowy, która tak czy siak zaprowadzi ich donikąd. Jeszcze dziesięć minut temu nie miał zielonego pojęcia, jak wygląda przewodnicząca bractwa Psi Mu, jednak panowie na zewnątrz i wołająca uczennica uraczyli go tą informacją, choć nie był pewien, czy po tygodniu byłby w stanie przypomnieć sobie jej imię. Bagatelizował osoby, z którymi nie łączy go nic oprócz egzystencji na tej planecie. Może, gdyby miały do zaoferowania coś konkretnego, to zawiesiłby oko na odrobinę dłużej, jednak studenci byli ostatnią grupą, od której oczekiwałby konkretów.
OdpowiedzUsuńLogan był wychowywany naprawdę twardą ręką, której ojciec nie szczędził w chwilach, gdy ilość alkoholu przyprawiała go o mroczki – był żołnierzem, jednakowoż za notorycznie nadużywanie napojów wysokoprocentowych został zdegradowany całkowicie ze służby, i można powiedzieć że mścił się za ów decyzje na wszystkich dookoła. Nawet na matce, której rozkazał zwolnic się z pracy w przypływie nerwów, jakie zazwyczaj miały czelność go okiełznać, gdy butelka czystej lądowała pod wersalką. Młody Mandelbrot uciekał do dziadka, mimo iż ojciec notorycznie zakazywał mu z nim jakichkolwiek kontaktów – nazywał go niedołężnym człowiekiem i zwyrodnialcem, podczas gdy sam uciekł spod jego skrzydeł, równocześnie wymazując z pamięci łączące ich więzy krwi. Nie mógł znieść, że Benoit próbował odebrać mu syna – którym i tak się nie interesował, tak samo jak pozostałymi dwiema córkami – i co gorsza, że próbował zrobić z niego człowieka bardziej wykształconego niż on sam. Niż ten obskurny Jake Mandelbrot, któremu należy się tylko i wyłącznie długa śmierć, zakraplana dodatkiem bólu. Logan z wiekiem i z pomocą dziadka mógł się wyrwać na swoje, a ponieważ miał potencjał, staruszek pozwalał mu go rozwijać, niemniej jednak Logan musiał zadbać o siebie sam – dzielić zarówno naukę z pracą, nie ważne, czy było to stanie po dwanaście godzin na nogach, czy przewalanie wielkich, ciężkich kartonów w magazynie lokalnego supermarketu. Dlatego o większości studentów miał nieprzychylne zdanie, bowiem uważał, że gdyby los odebrał im nagle ciepło rodzinne i dopływ gotówki, zapadliby się pod ziemie i ostatecznie zginęli w jej przestworzach.
— Klub idealnych, czymkolwiek to jest — wymamrotał do siebie, zastanawiając się przy okazji, w czym członkowie klubu tak świetni, by mianować ich słowem o nieskazitelności. Nie sądził, by wpasował się w ichnie standardy i nawet nie miał kłopotu, by przyznać się do tego, że z ideałem nie ma nic wspólnego. Był świadom zarówno swego wyglądu, jak i charakteru który pozostawiał wiele do życzenia, niemniej nie dla wszystkich – szerszeniem był z natury, natomiast jeśli mowa o bliższych relacjach, to jego wizerunek znacznie się ocieplał, a i sam Logan otwierał wrota do sobie, jako tego w gruncie rzeczy sympatycznego człowieka.
Dał krok w stronę dziewczyny, gdy jedna z imprezowiczek pociągnęła energicznie za klamkę i popłochu przekroczyła próg pomieszczenia. Wsunął dłonie do kieszeni, obserwując tą krótką wymianę zdań, utwierdzając się w przemyśleniach dotyczących tutejszej młodzieży. Gdy studentka przeniosła wzrok na niego, zmierzył ją tylko spojrzeniem, a zaraz po tym zamknęła drzwi.
— Najwidoczniej mamy dwa różne obrazy mężczyzny — uniósł usta w górę, ale jeśli ci na dole zasługiwali na miano mężczyzn z prawdziwego zdarzenia to cóż... Świat schodzi na psy niezaprzeczalnie, a Logan powinien był szykować się na tamten świat.
— Również dziękuję za rozmowę, panno McAllister i życzę... owocnej zabawy — wyszedłszy z pomieszczenia, ściągnął brwi, próbując przyzwyczaić słuch do dudniącej muzyki i głośnych rozmów tutejszych zgromadzonych. Posławszy jej symboliczny uśmiech w geście pożegnania, skierował się schodami w dół. Wolał być nierozpoznany, dlatego nie łapał nawet najmniejszego kontaktu wzrokowego z uczniami, których mijał – chciał uniknąć w głównej mierze tych osób, które pod wpływem alkoholu byłyby go w stanie namawiać do zostania, a on musiałby się dodatkowo użerać z odmową, choć znając Mandelbrota, pokusiłby się tylko o jedno nie i wyminął ich bez zbędnego przejęcia kierując wprost do samochodu. Przez moment zapomniał o zmęczeniu, jednak pomyślawszy o wygodnej kanapie i ciekawej książce, poczuł przypływ znużenia, kuszący jego usta do ziewania – powstrzymał się na rzecz manewrów, które wykonywał rękoma między posturami bawiących się w najlepsze uczniów. Była ich całkiem spora ilość.
UsuńLogan Mandelbrot
Gotowanie nie było mocną stroną Lyndsey, niestety. Umiała zrobić jedynie jajecznicę, tosty, kanapki i ewentualnie spaghetti na obiad, ale ileż razy można było jeść to samo? Zazwyczaj więc albo zwalała się jakimś koleżankom na głowę, albo szła do jakiejś niedrogiej restauracji, omijając kuchnię w akademiku szerokim łukiem. Wiele razy już sobie obiecywała, że podczas wakacji, gdy będzie w domu, nauczy się robić coś więcej, ale zawsze kończyło się tym samym – wściekała się, że coś jej nie wychodzi i wszystko rzucała. Cóż, cierpliwości to ona nie miała zbyt wiele, dlatego wciąż najczęściej jadła na mieście. Nie przeszkadzało jej to jednak, gdyż lubiła spacerować po Melbourne i wynajdywać różne przytulne, tanie knajpki z dobrym jedzeniem. Lubiła też próbować nowych rzeczy, więc raz wybierała restaurację włoską, innym razem szła na chińszczyznę, a kiedyś nawet spróbowała sushi, które okazało się wręcz obrzydliwe.
OdpowiedzUsuńTego dnia dopadł ją ogromny leń, dlatego cały dzień przeleżała w łóżku. Na szczęście była sobota, więc nie miała żadnych zajęć, aczkolwiek żołądek i tak dał o sobie znać i Lyndsey musiała coś zjeść. Zamiast jednak pójść na miasto, postanowiła w końcu odwiedzić kuchnię. Może coś sobie zrobi, a może kupi gotowe danie z lodówki, ewentualnie znów wyprosi obiad od jakiejś koleżanki, która zrobiła dla siebie za dużą porcję.
Już na końcu korytarza poczuła nieprzyjemny zapach spalenizny, który Lyndsey znała doskonale, w końcu sama wiele razy coś przypaliła i to był jeden z powodów dla których unikała kuchni. Widocznie ktoś miał taki sam talent do gotowania jak ona, albo po prostu się zagapił. Każdemu mogło się przecież zdarzyć, prawda?
— Coś się pali — powiedziała, wchodząc do kuchni. Rozejrzała się dookoła, a widząc jedynie znajomą blondynkę, która krzątała się przy kuchence, to na niej się skupiła. Zanim jednak cokolwiek dodała, usłyszała przeciągłe wycie alarmu przeciwpożarowego, a z sufitu nagle polała się woda. Lyndsey mimowolnie pisnęła, gdy zimne krople spotkały się z jej skórą. — Jasna cholera! — warknęła, czując jak mokra koszulka przylepia się do jej ciała. Nie minęło nawet dziesięć sekund, gdy Keeler była przemoczona do suchej nitki, a makijaż spłynął jej z twarzy. Rozejrzała się za czymś, co mogłoby wyłączyć te cholerne spryskiwacze, ale prawdopodobnie wyłączały się one automatycznie. I faktycznie, już po chwili woda przestała lać, ale i tak wszystko zdążyło zmoknąć. A ona jak stała w miejscu, tak stała i nie ruszała się nawet o krok, nie mając pojęcia co zrobić.
— Chyba trzeba po kogoś zadzwonić — mruknęła w końcu, rozglądając się dookoła. Starała się ignorować przemoczone ciuchy, w których było jej teraz niewygodnie, choć najchętniej pozbyłaby się ich jak najszybciej i przebrała się w suche.
Lyndsey